Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kompania Piwowarska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kompania Piwowarska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 stycznia 2013

Książęce Korzenne Aromatyczne

Kolejnym świątecznym prezentem, który dostałem jakoś w podobnym czasie co Tarnowskie, ale tym razem od Kompanii Piwowarskiej, było Książęce Korzenne. Do piwa dołączona była kartka z życzeniami podpisanymi przez Marlenę - organizatorkę Akademii Pilsner Urquell, o której mogliście niedawno u mnie przeczytać. Na tymże evencie - ktoś (chyba właśnie Marlena) zapowiedziała, że Książęce po swoim Złotym Pszenicznym, Ciemnym Łagodnym i Czerwonym Lagerze, wprowadza na rynek kolejne piwo, tym razem zimowe - Książęce Korzenne Aromatyczne. Bardzo mnie to ucieszyło, bo nadal uważam, że ciężko u nas znaleźć coś piwnego, stojącego w godnej ofensywie do dobrego grzanego wina (szczególnie po moich ostatnich przygodach z Tatrą Grzaniec, które zdecydowanie odrzuciły mnie od podgrzewania piwa). Odebrawszy przesyłkę od razu zabrałem się za jej rozpakowywanie, co przysporzyło mi nie lada niespodzianek. Widać, że ktoś mocno zastanowił się w jaki sposób zapakować Korzenne, żeby z jednej strony było to atrakcyjne, a z drugiej przekazało jak najwięcej informacji osobom, które ich szukają - mam nadzieję, że udało mi się to dostatecznie uchwycić na poniższych zdjęciach. Za opakowanie - duży plus! Szkoda, że w sklepach pewnie będzie goła butelka, bez całej tej otoczki...


Fakty:

  • 13.5% ekstraktu, 5% alkoholu
  • Producent: Kompania Piwowarska w Browarze Książęcym w Tychach
  • Gatunek: piwo świąteczne (chyba - poprawcie mnie jeśli strzeliłem gafę)

  • Z zewnątrz:

    Butelka Korzennego Aromatycznego jest identyczna jak przy Czerwonym Lagerze, jak i przy całej Kolekcji Specjalności od Książęcego browaru w Tychach. Różni się tło etykiety głównej - znajduje się tu sielankowy obraz składników do grzańca - miód, cynamon, goździki i cytryna. Całość jest "przekreślona" czerwoną wstążką z napisem "Edycja limitowana". Na krawatce najciekawszy jest dość bogaty skład - dwa słody jęczmienne (pilzneński i karmelowy), miód lipowy, chmiel goryczkowy i aromatyczny, sporo przypraw: skórka pomarańczowa, goździki, cynamon, kolendra i imbir. Kontretykieta to głównie ten sam skład, ale ubrany w bardziej marketingowe zdania. Poza tym informacja o tym, że Korzenne nadaje się na zimę, a najlepiej w formie grzańca (stestujemy tą tezę!).


    Od środka:

    NA ZIMNO:"Gdzie moja piana?!" - chciałoby się zakrzyknąć już w niecałą minutę po przelaniu piwa do szklanki. Nawet nie udało mi się dołożyć kapsla, o którym zapomniałem przy pierwszym zdjęciu, a warstwa piany zaginęła - minus. W szklance - ciemnozłota posucha, ani jednego bąbelka gazu... W zapachu dominująca słodycz, z nutami imbiru, goździków, cynamonu i bardzo delikatnej kolendry. Wspomnianych w składzie aromatów skórki pomarańczowej, czy miodu lipowego, nie udało mi się wyczuć. W smaku przyjemna niespodzianka - spodziewałem się czegoś tak słodkiego, na co wskazywałby zapach. A tu jednak nie - miła, krótkotrwała goryczka staje w fajnie zbalansowanej opozycji do słodkości. Całość komponuje się bardzo przyjemnie i jest zdecydowanie pijalna. Czas na mikrofalę! Oby podgrzanie piwa nie przywiodło znowu syndromu Tatry Grzaniec i oby reszta Korzennego nie poleciała do zlewu.

    MIKROFALA: Zapach po podgrzaniu stracił całą słodkość, bardzo uwydatnił się aromat goździków i cynamonu - stał się podobny do grzańca winnego. Pierwszy łyk wyraźnie mi uświadomił, że jednak z grzaniem piwa jest coś nie tak. Z pełnego bukietu dobrze współgrających ze sobą przypraw i dodatków nie zostało nic. Wygląd też nie uległ zmianie - brak piany i gazu. Korzenne zrobiło się kwaskowate i smakuje jak herbata z dużą dawką cytryny. Początkowa pijalność zmieniła się w mały koszmarek, skutecznie zniechęcający do kolejnych łyków. W ramach eksperymentu uznałem, że może to wina tej mikrofali, więc resztę piwa, która mi została przelałem do szklanki i postawiłem na piecu z nadzieją, że jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, Korzenne z powrotem będzie mi smakować.

    PIEC: To samo - piwo jest kwaśne i nie da się go dopić do końca - zlew. Na szczęście zostało mi jeszcze trochę chłodnego w butelce.

    Podsumowanie:

    Trudno podsumować Książęce Korzenne, bo z jednej strony mamy naprawdę przyjemne, smaczne i ciekawe piwo. Z drugiej zaś, jeżeli zastosujemy się do etykiety mówiącej "Doskonałe również jako grzaniec", trunek całkowicie traci swój urok. Z dobrze zbalansowanej goryczki i słodkości, wynikających z różnorakich grzańcowych przypraw, dostajemy kwaśny płyn, który nie nadaje się do picia. Zaczynając butelkę, całkiem poważnie wahałem się między 7, a 8 kufelkami. Ba! - gdzieś z tyłu głowy majaczyła mi nawet rekomendacja, bo Korzenne jest naprawdę ciekawą propozycją na zimowe wieczory. Jednak podgrzanie tego piwa to błąd taki sam jak przy Tatrze Grzaniec - zaklinam Was, jeśli będziecie chcieli go popełnić, to nie na całej butelce. Odlejcie sobie szklankę i spróbujcie. W ten sposób zaoszczędzicie chociaż resztę tego co Wam zostanie w butelce. Chcąc, nie chcąc - jeżeli na opakowaniu mówią mi, że piwo będzie świetne po zagrzaniu, a takie nie jest - muszę ciachnąć po ocenie. 6 kufelków i to tylko dlatego, że wersja "na zimno" jest bardziej niż OK!



    poniedziałek, 10 grudnia 2012

    NoName z browaru NoName vel. Żubr Ciemnozłoty

    Nieco ponad dwa tygodnie temu napisał do mnie pan z agencji reklamowej, chcąc wysłać mi piwo marki, z którą współpracują. Szybki rekonesans po internecie wykazał ową markę, jako jedną z wiodących, koncernowych marek w kraju. Nauczony nieco doświadczeniem Trybunała Niefiltrowanego, wyznaję zasadę że im większy browar, warzący piwo tym większy niepokój przed prezentem. Wziąłem się toteż na sposób i jak tylko dostaję pytanie o podanie swoich danych adresowych, od razu piszę, że chciałbym wiedzieć jakie są oczekiwania "darczyńcy" w stosunku do mnie. Czy chce, żeby piwo zostało opisane na blogu, ale licząc się z tym, że ocena ta będzie moja, subiektywna i możliwe, że krytyczna. Jeżeli ktoś poprosiłby mnie o przesłanie oceny na maila, nie umieszczając jej na blogu - pewnie bym tak zrobił. W końcu jest tak wiele piw do oceny, że brak jednego czy dwóch nie powinien dla nikogo stanowić problemu. Do tej pory nie spotkałem się jednak jeszcze z takim stwierdzeniem - widać, że wraz z wielkością browaru idzie chyba wiara w wybitne umiejętności piwowarów tam pracujących. Ciekawe jak na tym tle wypadnie nasz dzisiejszy bohater :) Może już nie ma co Was dłużej trzymać w niepewności - dzisiejszy wpis poświęcony będzie Żubrowi Ciemnozłotemu!


    Fakty:

  • Gatunek: Strong lager
  • Producent: Kompania Piwowarska
  • 15% ekstraktu, 6.9% alkoholu

  • Z zewnątrz:

    Trzeba przyznać, że butelka bez żadnych etykiet to raczej marna praca dla blogera, chcącego przekazać jak najwięcej informacji. Starając się uszanować fakt, że przesyłkę dostałem nieotagowaną - nie kupowałem kolejnej butelki Ciemnozłotego Żubra tylko po to żeby wiedzieć co znajdzie się tam na etykiecie (drugi powód jest taki, że dopiero po przetestowaniu tego piwa na tym egzemplarzu, zadecyduję czy dać szansę kolejnej butelce). Kapsel po zdrapaniu klejącego papierka - czarny z nazwą i 1768 rokiem.


    Od środka:

    Otwarcie butelki nie przyniosło żadnego syku. Dopiero po chwili w butelce coś się poruszyło i bąbelki gazu zaczęły wędrować ku szyjce. Chyba nieco za bardzo schłodziłem piwo - będę pamiętał, żeby przy tworzeniu opisu dać mu się minimalnie ogrzać. Po przelaniu do sniftera pojawiła się około centymetrowa, śnieżnobiała piana z nielicznymi większymi bąbelkami. Pierwsze co mi się z nią skojarzyło to wyciśnięcie gąbki pełnej płynu do mycia naczyń. Żubr nie przywitał mnie absolutnie żadnym zapachem. Wąchałem, wąchałem i nic. Dopiero po ogrzaniu i intensywnym zamieszaniu dało się wyczuć bardzo delikatne i niezdecydowane nuty słodowe. Kolor ładny, bursztynowy. Trzeba jednak przyznać, że smak był dla mnie rozczarowujący. Po Żubrze Ciemnozłotym spodziewałem się albo paloności, albo zdecydowanej goryczki. Nie znalazłem ani jednego, ani drugiego. Co więcej - gdy przeczytałem na stronie Żubra, że charakteryzuje się on "bogatym, wielowymiarowym, idealnie zbalansowanym smakiem, który spełni oczekiwania najbardziej wymagających piwoszy", albo "rozgrzewające, o ładnej bursztynowej barwie i wyczuwalnym aromacie chmielu, karmelu, toffi czy miodu" to zacząłem się zastanawiać czy na pewno piję to samo piwo... Na upartego znalazłbym tu mićku pićku karmelu, ale miód? wielowymiarowy smak? rozgrzewające piwo? Wolnego!


    Podsumowanie:

    No niestety - Żubr Ciemnozłoty nie wnosi nic nowego, ani interesującego na koncernową piwną scenę (już nie mówię o tej z browarów rzemieślniczych, czy regionalnych!). Coś co zostało zareklamowane jako egzemplarz wyróżniający się w stadzie (nie dalej jak dzisiaj widziałem reklamę z połyskującym zwierzakiem) w rzeczywistości trzyma stały, niski poziom starego trunku. Żubr, który miał się wyróżnić - pokazać pazur i "wielowymiarowy smak", w rzeczywistości hasa po łące w różowych stringach.
    Ostatnie słowo należy się tez samemu pomysłowi kampanii reklamowej. Według mnie rozesłanie nieotagowanej butelki piwa do blogosfery to strzał w dziesiątkę. Każdy z nas jest człowiekiem, mniej lub bardziej wychowanym na hejtowaniu koncernowych marek, więc możliwość pseudo-blind-tastingu nowego piwa, dawała szansę na nieco bardziej obiektywne spojrzenie na zawartość butelki. Piszę w czasie przeszłym, bo cała akcja była jednak nieco spóźniona. Przesyłki do blogerów poszły w momencie, kiedy już każdy piwosz amator wiedział o tym, że stajnia Żubra się rozszerzy. Reasumując - pomysł bardzo fajny, timing fatalny...
    Żeby nie zakończyć tego wpisu tak strasznie czarno - humorystyczny akcent ze strony o Białowieży: Warto sobie uświadomić, że to turysta wkracza w środowisko życia żubra! Dlatego mając to szczęście i obserwując ten uratowany od wymarcia gatunek, lepiej pozostać na dystans. W żadnym wypadku nie należy zakłócać spokoju tych potężnych ssaków.

    Długo nie mogłem się zdecydować jeśli chodzi o ocenę, bo wahałem się między 2, a 3. Szybka sonda przeprowadzona wśród ośmiorga moich znajomych powiedziała - zaniżyć (5), zawyżyć (2), "zrób jak uważasz" (1).


    środa, 12 września 2012

    Książęce Czerwony Lager

    Siedzę sobie ostatnio w domu na homeworkingu, kiedy mój spokój przerywa dźwięk domofonu. "Kurier" mówi głos w słuchawce. Spoko - pewnie znowu brat coś zamówił. Otwieram drzwi. "Pan Mariusz?" - w tym momencie zapala mi się czerwona lampka. Zaraz zaraz, przecież ja nic nie zamawiałem - czy to aby nie jakieś Reader's Digest, że jak otworzę paczkę, to już kupiłem wyjątkowo mi potrzebny blender z możliwością krojenia pomidorów na idealne krążki? W ostatniej chwili na paczce zauważyłem znaczek "Uwaga szkło!". "Blendery chyba szklane nie są", pomyślałem odbierając spory karton od kuriera. Po zdjęciu wierzchniego opakowania, moje oczka się bardzo uradowały:

    No nic - otwieram dalej. Po otwarciu pudełka było już tylko piękniej. Na szarych trocinach pięknie prezentowały się trzy idealnie ułożone piwka. No dobra - złapaliście mnie. Czerwony Lager z tego zdjęcia zwiał mi do lodówki, a jego poruszeni tym faktem koledzy zaczęli się wiercić, więc ich idealne ułożenie prysło. Ale kontekst jest zachowany :)


    Ale tak jakby... O jaaa! Tu jest przecież drugie dno!


    A tam! Prześliczne trzy kufle! Do każdego piwka inny. Do tego "wafelki". I w ogóle... Ach! Poczułem się wyjątkowo :)


    I w takim błogim nastroju zasiadłem do opisywania Książęcego Czerwonego Lagera!




    To pierwszy raz, kiedy na Jasnym Pełnym pojawia się piwo z gatunku red lager.

    Ciekawa dygresja - podczas krótkiego rekonesansu w internecie na temat tego gatunku, znalazłem informację, że inną nazwą na czerwonego lagera jest American Amber. Po kolejnym wyszukiwaniu na temat tego drugiego, znalazłem, że inną nazwą na American Amber jest Red Ale. Z zasady matematycznej przechodniości - Red Lager = Red Ale?! Jakim cudem, skoro oba piwa należą do TOTALNIE dwóch różnych światów fermentacyjnych? Jak ktoś mi wyjaśni tą zależność - ma u mnie browara :)

    Wracając do tematu - pomimo tego, że takie piwo gości tu pierwszy raz, powstrzymam się od pokusy przedstawienia Wam charakterystyki tego gatunku. Postanowiłem wykorzystać materiały, które dostałem razem z tym piwkiem i nieco przybliżyć Wam to, co o samym Czerwonym Lagerze sądzi Książęcy Browar w Tychach. Tym bardziej, że podają nam takie informacje (szczególnie chodzi mi o drugą część nadchodzącego tekstu), które zazwyczaj jest dość ciężko wyszukać przy degustacji piwka. Otóż, według nich: Czerwony Lager to piwo o esencjonalnym i wyrazistym smaku z bogatym chmielowym bukietem. Wyróżnia się bursztynowym kolorem, który zawdzięcza specjalnemu procesowi produkcji z wykorzystaniem słodów jęczmiennych - pilzneńskiego i karmelowego. Bogaty chmielowy bukiet i delikatny słodowy posmak sprawiają, że jest to trunek zarówno dla początkujących jak i wytrawnych miłośników piwa.

    Dla mnie to trochę marketingowy bełkot. Znajdziemy tu wszystkiego po trochu, na szczęście oprócz "tradycyjnej receptury". Dużo ciekawsza i bardziej pouczająca wydaje mi się druga część!

  • Rytual serwowania: Czerwony Lager smakuje najlepiej schłodzony do 2-5 C (czy aby odrobinę nie za zimno?). Podaje się go w wysokiej lagerowej szklance na nóżce. Należy nalać 2/3 piwa do szklanki przechylonej o 45 stopni, wyprostować ją i dolać resztę, uzyskując aksamitną białą pianę.
  • Podkreśla smak: doskonały do kuchni polskiej, czeskiej, mięs, grillowanych potraw oraz przekąsek (wędliny, sery).

  • Potem następuje już tylko zawartość alkoholu i ekstraktu. Każdy z Was z tego opisu zapewne wyciągnie coś innego. Dla mnie najważniejsze jest to, do jakich potraw powinienem parować to piwko. Jestem dopiero w powijakach, jeśli chodzi o odpowiedni dobór trunku do jedzenia, więc takie tipsy przyjmuje ze szczerą radością. Jeśli chodzi o resztę opisu, to poniżej możecie doczytać o moich odczuciach w stosunku do Czerwonego Lagera.

    Fakty:

  • 4.9% alkoholu, 11.6% ekstraktu
  • Cena: 3.25 zł
  • Browar: Tyskie Browary Książęce
  • Gatunek: czerwony lager

    Z zewnątrz:

    Muszę to powiedzieć - opisanie butelki Czerwonego Lagera to, podobnie jak w przypadku innych butelek z Kolekcji Specjalności, wielka przyjemność. Aż chce się mówić o czymś, gdzie gołym okiem widać, że nic nie jest przypadkowe. Ktoś musiał spędzić niejeden kreatywny wieczór, żeby na stosunkowo niewielkich etykietach zmieścić tyle przydatnych informacji. Ale po kolei - kształt butelki bardzo podobny do tego, do którego przyzwyczaiło nas Tyskie Klasyczne. Gdybym miał jego butelkę pod ręką, to mógłbym to powiedzieć z większą pewnością, ale wydaje mi się że oba opakowania są identyczne. Butelka jest smukła z tłoczeniami korony na szyjce i napisem "Tyskie browary książęce A.D. 1629" na dole. Wszystkie etykiety są wykonane z papieru, który w dotyku sprawia wrażenie szorstkiego. Na głównej etykiecie o bursztynowym kolorze znajdziemy w zasadzie tylko nazwę piwa, przykrytą szyszkami chmielu. Z samego centrum spogląda na nas Jan Henryk XV Hochberg książę von Pless - twórca potęgi tyskiego browaru. Krawatka niewiele się różni od głównej etykiety. Nieco bardziej wyeksponowana jest nazwa serii (Kolekcja specjalności). Znajdziemy tam również informacje o zawartości alkoholu i ekstraktu, oraz skład. A w tym między innymi słód pilzneński, karmelowy, ekstrakt ze słodu palonego, oraz dwa rodzaje chmielu - goryczkowy i aromatyczny. Tylna etykieta jest tym co mnie w tym piwie najbardziej urzekło (jeszcze przed otwarciem). Znajdziemy tu trochę marketingowych bzdur o tym jak szlachetny jest charakter piwa i jak ma idealnie zbalansowany smak, ale znajdziemy też coś czego niestety ze świecą szukać na innych butelkach - informację o tym w jakiej temperaturze najlepiej serwować Czerwonego Lagera i z jakim jedzeniem najlepiej jest go parować (drób, mięsa z grilla, wędliny i przekąski). Co więcej - na niewielkiej grafice możemy obejrzeć kufel, który najlepiej wydobędzie wszystkie nuty zapachowe tego piwa (identyczny kufel zobaczycie również na poniższych zdjęciach). Bardzo ładnie i fajnie to wszystko wygląda! Cieszy fakt, że ktoś dołożył starań, żeby nieco doedukować nas przy degustacji stosunkowo mało popularnego gatunku piwa w Polsce. Bardzo duży PLUS!



    Od środka:

    Czerwony Lager przy otwarciu zachował niemal idealną ciszę. Żadnego syku, zwiastującego duże nagazowanie piwka. Po przelaniu do kufla, co prawda pojawia się na chwilę delikatnie brunatnawa piana, ale równie szybo zanika, wydając przy tym spory "hałas". Pozostawia nas z lekkim kożuszkiem, przykrywającym miedziano-brązowy trunek. Zapach łączy ze sobą gorzkawą, chmielową nutę razem z czymś słodkim, co przypomina mi mamine wypieki. Może trochę w tym wanilii, trochę cynamonu. Pierwszy łyk prawie powalił mnie na kolana - z początku ledwo wyczuwalna goryczka z każdą sekundą przybiera na sile, coraz bardziej przypominając piwa, które jeszcze jako mały piwoszek miałem okazję próbować. Świetnie balansuje się z chmielem i słabo-wyczuwalnym słodem. Bardzo ciężko mi znaleźć wspomniane w składzie "ciepłe karmelowe nuty". Nie ma tu nic słodkiego na tyle, bym nazwał to karmelem, chyba że miałaby to być jakaś gorzka odmiana :)



    Podsumowanie:

    Każdy łyk Czerwonego Lagera przynosi przyjemne orzeźwienie, zmieszane z goryczką (niestety po kilku pierwszych łykach nie jest już ona tak intensywna). Każdy łyk zdaje się krzyczeć "weź następny!". Faktycznie tak jest! Nowe piwo z Książęcego bardzo miło się pije i nie pozostaje mi nic innego jak wyrazić dwie, nieco sprzeczne opinie. Pierwsza na minus - szkoda, że smak z samego początku butelki nie przechodzi dalej. Gdyby tak się stało - Czerwony Lager zasłużyłby pewnie na wyższą ocenę. Z kolei na plus tego piwa powinno się uznać sam fakt istnienia takiego browarka. Zdaje się, że Kompania Piwowarska zauważyła jadący pociąg na trasie Polska -> Piwna Rewolucja i chcę jak najszybciej do tego pociągu wsiąść. Pytanie tylko czy ten pociąg nie jedzie już czasem za szybko? Według mnie nie. Jeżeli KP nadal będzie warzyć piwa z troską o ten segment piwoszy, którzy chcą poznawać nowe smaki i którym znudził się już zwykły, płaski i wodnisty lager, to jest szansa, że pociąg zwolni na tyle, żeby zabrać ze sobą kolejnego gracza. Życzę powodzenia, dając może minimalnie naciągane 7 kufelków! A Wy - dajcie szansę Czerwonemu Lagerowi, bo warto. I nie zapomnijcie podzielić się ze mną swoją opinią :)





  • środa, 27 czerwca 2012

    BITWA! "Tyskie Klasyczne" vs. klasyczne "Tyskie"

    Dzisiaj przyszedł czas na pierwszą w historii Jasnego Pełnego potyczkę dwóch piw. W dużej części zawdzięczamy to przemiłej Pani z agencji zajmującej się marketingiem dla Kompanii Piwowarskiej, która pewnego majowego wieczoru napisała do nas z pytaniem o adres do przesłania przesyłki-prezentu. Z dziką radością się na to zgodziliśmy i już kilka dni później u moich drzwi stanął kurier z porządnie zapakowaną paczką. Po zdjęciu ochronnej folii, w całym domu zaczął unosić się zapach drzewa sosnowego, pochodzącego ze skrzyneczki, w którą zapakowane były 3 egzemplarze nowego piwa KP - Tyskiego Klasycznego! Wydało mi się naturalnym, że warto byłoby spróbować porównać to piwko ze sztandarowym produktem koncernu - Tyskim. Poniżej nasze rozważania. Ale zanim o tym, pozwólcie, że na chwilę pochylimy się nad oboma markami - ich historii, genezie i statystykach. Niektóre mogą wydać się Wam ciekawe!

    Oj dumnym z tego papieru, bardzo!!



    TYSKIE
    Jeśli chodzi o stare, dobre Tyskie to chyba nikogo nie zaskoczę, pisząc że jest to lider polskiej branży piwnej. Zarówno w ilości sprzedanych butelek w Polsce jak i za granicą deklasuje pozostałe browary. Wystarczy chyba powiedzieć, że co sekundę sprzedaje się 11 butelek tego piwa!. Jest wielokrotnie nagradzane na najprzeróżniejszych, światowych konkursach (m.in. Złotym Medalem oraz Grand Prix podczas Międzynarodowego Konkursu Branży Piwowarskiej w 2005 roku).

    Fakty:

  • 5.6% alkoholu, 11.7% ekstraktu
  • Warzone w Browarze Książęcym w Tychach
  • Pasteryzowane

    Z zewnątrz:

    Jeśli chodzi o butelkę bardziej popularnego z Tyskaczy, to już na wstępie nieco mnie odrzuciła. W zasadzie cała krawatka i większość kontretykiety poświęcone są promocji, dotyczącej dostawom zgrzewek piwa przy okazji meczy Euro 2012. To co jeszcze przyciąga uwagę to tajemnicze stwierdzenie "Zawiera słód jęczmienny". No to co jeszcze tam siedzi? Wolę nie myśleć... Z przodu, na białej etykiecie znajdziemy nieco bardziej rysunkową wersję tyskiej korony, a także dwa z medali, zdobytych przez to piwo (Monachium 2005 i Londyn 2002).



    Od środka:

    Marian
    Monia
    Pierwsze co rzuca się w oczy po przelaniu Tyskiego do kufelka to jego słabe nagazowanie. Gęsta, biała piana bardzo szybko opada i trzeba się nieźle namęczyć, aby ją znowu „podniecić”. Co ciekawe, jedyne unoszące się bąbelki gazu zlokalizowały się dokładnie na samym środku szklanki, tworząc na powierzchni piwa małą, białą plamkę. W zapachu nie znajdziemy tutaj w zasadzie nic odkrywczego. Ciężko nawet mówić o jakiejś jego głębi – dopiero przy którymś kolejnym niuchu poczułem coś co mógłbym nazwać aromatem trawy. Po odstawieniu szklanki na chwilę na bok, można zaobserwować idealnie jednolitą taflę złotego piwa. W kufelku nie dzieje się nic – biały kożuszek nawet przy zamieszaniu ledwo zmienia swoją pozycję. Najtrudniejszym zadaniem jest opisanie smaku Tyskiego, bo podobnie jak było z zapachem – nie ma tu nic na czym można by się oprzeć. Piwo jest może minimalnie gorzkie, ale poza tym to płaskość, pustość i jednolitość.
    W zapachu piwa ulatniają się wyraźne nuty goryczki. Tworząca się przy nalewaniu piana jest puszysta i napowietrzona. Po kilku minutach od nalania wciąż malutkie bąbelki trunku dążą do wydostania się na powierzchnię. Gdy piwo trochę odleży przez cieniutką już pianę przebijają się malutkie ciemne kropeczki uwidaczniając właściwy płyn. Prawdopodobnie przypadkowo na moim na moim piwie tworzy się piwny okrąg, wokół którego zalegają resztki piany. Kolor Tyskiego określiłabym, jako jasno-złoty, po przelaniu go do szklanki ma naprawdę miłą dla oka barwę, można by rzec – prawdziwego, jasnego piwa. Pierwszy orzeźwiający łyk niesie ze sobą wyraźny posmak goryczki, czyli tego, co w piwie lubię najbardziej. Przez chwilę tuż po wypiciu szczypie lekko w język, co jest zauważalne intensywniej podczas posiadania tego trunku w ustach.


    Podsumowanie:


    Marian
    Monia
    Nie ukrywam, że opisanie Tyskiego stanowiło i stanowi nadal, bo wcale nie uważam, żebym zrobił to dobrze, nie lada problem. Ciężko jest znaleźć unikatowy smak w czymś, co pije się dość często. Drugą opcją jest to, że Tyskie nie ma unikatowego smaku. Zostało wyprodukowane tak, żeby spasować jak najszerszej grupie odbiorców i żeby zarówno w zimie, jak i podczas letniego grilla, ludzie często po nie sięgali. Obserwując bardzo różnych ludzi, wychodzących z bardzo różnych sklepów, można odnieść wrażenie, że postawiony cel został zrealizowany. Polacy, bojący się piwnych eksperymentów chętnie zostaną przy czymś co jest sprawdzone i zawsze smakuje tak samo. Dla mnie to zdecydowanie za mało – chcę czegoś więcej, dlatego wystawiam bardzo słabe 3 kufelki. Ostatnia obserwacja – zauważyłem, że jeszcze w zimie Tyskie było nieco bardziej treściwe. Spośród innych półkowych koncerniaków wyróżniało się nieco intensywniejszą goryczką. Teraz strasznie spowszedniało. Nie wiem czy to zamierzony ruch, czy błąd w piwnej sztuce, czy po prostu mój smak uległ zmianie w ciągu pół roku…
    To mój pierwszy raz, kiedy piję Tyskie i zastanawiam się jego smakiem, zapachem i innymi walorami. Nie jest łatwym określić go i wsadzić w jakieś konkretne ramy, gdy przewija się ono przez całe moje dorosłe życie – to w końcu piwo koncernowe, łatwo dostępne, w przystępnej cenie, pojawiające się na imprezach masowych i praktycznie zawsze spotykane w pubach, barach, dyskotekach. Gdy browary regionalne, nie tylko te małe, niszowe, ale i produkujące piwo na szerszą skalę, nie były znane – Tyskie piłam często. Teraz, sporadycznie, na rzecz piw mniej znanych, regionalnych, również zagranicznych. Niemniej to wypite właśnie Tyskie jest poprawne smakowo. Warto przyjrzeć mu się na spokojnie, w domowym zaciszu, gdyż picie typu studenckiego może znacznie zaburzać odbiór tego piwa.





    TYSKIE KLASYCZNE
    Tyskie Klasyczne z założenia ma być piwem dla tych konsumentów, którzy szukają "autentycznych" smaków. Jego skład został zbudowany w oparciu o prawo czystości piwa - nie znajdziemy tu więc nic poza stuprocentowym słodem jęczmiennym, chmielem, drożdżami i wodą. Reklamy na billboardach, głośno krzyczące "Nic dodać" mają być tego potwierdzeniem. Klasyczne ma wracać do tradycji, kiedy piwa były łagodniejsze i bardziej delikatne. Dzięki jedynie podstawowym składnikom, browarek ma się charakteryzować większą pełnią smaku, słodowością z równoczesnymi akcentami chmielowymi. Tyskie Klasyczne na sklepowych półkach możemy oglądać od 23 kwietnia, ale tylko w 6 województwach (łódzkim, opolskim, małopolskim, podkarpackim, śląskim i świętokrzyskim) - na razie nic nie wiadomo o tym, czy stanie się ono dostępne w całej Polsce.


    Fakty:

  • 5% alkoholu, 11% ekstraktu
  • Warzone w Browarze Książęcym w Tychach
  • Pasteryzowane
  • Piwo produkowane zgodnie z bawarskim prawem czystości

    Z zewnątrz:

    Cała butelka Tyskiego Klasycznego została zaprojektowana tak, aby jak najbardziej oddawać ducha dawnego browarnictwa. Podobnie jak na szklanych opakowaniach z XIX wieku - nie znajdziemy tutaj kontretykiety. Pozostałe elementy butelki, wzorowane były na elementach budynku Książęcego Browaru w Tychach. Zarówno na krawatce, jak i na etykiecie głównej, największą część zajmuje korona - główny znak tyskiego koncernu. Na tej pierwszej znajduje się jeszcze rok założenia Browarów Tyskich - 1629. Na etykiecie głównej mamy potwierdzenie, że piwo jest warzone w 100% ze słodów jęczmiennych (ale w odmianach pilzneńskiej i karmelowej). Poza bardzo zgrabnymi i miłymi dla oka tłoczeniami na górnej i dolnej części butelki nie znajdziemy tu już nic nadzwyczajnego.



    Od środka:

    Marian
    Monia
    Opisując Tyskie Klasyczne nie sposób uciec od licznych porównań do jego „klasycznego” odpowiednika z Kompanii Piwowarskiej. Na pierwszy ogień idzie piana i nagazowanie. O ile to drugie niczym się nie różni od pierwowzoru – gazu nie zaobserwowałem, o tyle piana wygląda imponująco. Gęsta, biała czapa przez dłuższy czas zalegała na browarku, bardzo ładnie go przyozdabiając. Zapach jest nieco bogatszy – wyraźnie czuć aromaty słodowe. Gdzieś w tle majaczy delikatna goryczka. W smaku zdecydowanie dominuje słód – czuć go w każdym łyku piwa. Trochę trudniej przychodzi mi odnalezienie nut karmelowych (wszak skład mówi, że takowy słód się tam znajduje), ale za to przy kolejnych łykach zaczyna się mocno zarysowywać chmiel. Tyskie Klasyczne ma nieco ciemniejszą barwę od naszego pierwszego bohatera – ja bym ją określił jako ciemnozłotą. Najciekawsze jest to co się dzieje z piwem pod koniec butelki. Finisz staje się dużo bardziej chmielowy, chociaż słód nadal nie ustępuje za dużo pola. Pojawia się intensywniejsza goryczka. Prawdę mówiąc, dla mnie dużo przyjemniejsza jest ta druga połowa – Tyskie Klasyczne nabiera wtedy charakteru, którego ciężko szukać wśród innych koncerniaków dostępnych w szerokiej sprzedaży.
    Zapach Tyskiego Klasycznego różni się znacznie od jego tradycyjnej wersji. Wyróżnia się, jest „jakiś”, w przeciwieństwie do poprzednika. Piana o charakterze podobnym, z jedną różnicą – bąbelków brak zupełny, a na trunku cienka warstwa gładkiej białej tafli, która po pierwszym łyku zaczyna już zanikać. Po zamieszaniu szklanką piana pięknie przywołuje swój pierwotny charakter o cudownej, bąbelkowej strukturze. Kolor widocznie ciemniejszy od poprzednika, najbliżej mu do złotego. To samo tyczy się smaku, zupełnie się różni, całe szczęście na plus. Jest wyrazisty, mocny, lekko kwaśny, ale kwaśny przyjemnie, nie drażniąco.


    Podsumowanie:


    Marian
    Monia
    Bardzo się cieszę, że dane mi było spróbować Tyskiego Klasycznego. Tym bardziej, że jest to wyraźny znak, że tak duże browary jak Kompania Piwowarska, widzą i zaczynają rozumieć potrzebę zmian. Żałuję, że nie odważyli się na pójście w nieco bardziej niszowy gatunek piwa, tylko wyprodukowali kolejnego jasnego lagera, ale może na to jeszcze jest trochę za wcześnie. Jeżeli wierzyć składowi, podanemu na butelce, sięgając po Tyskie Klasyczne, sięgamy po piwo warzone z naturalnych składników. Nie ukrywam, że nieco nie rozumiem polityki KP, która chwaląc się, że uwarzyła piwo w 100% ze słodu jęczmiennego, równocześnie przyznaje, że Tyskie do którego jesteśmy przyzwyczajeni, naturalnym produktem nie jest. Dla mnie to trochę strzał w stopę. Ale reasumując – Tyskie Klasyczne jest dla mnie pewnym powiewem świeżości, zwiastującym że na mocno zatwardziałej piwnej scenie w Polsce coś zaczyna się dziać. Bardzo również cieszy fakt, że piwo staje się ogólnodostępne zarówno w sklepach w wersji butelkowej, jak i w knajpach w wersji lanej. Za odwagę, bardzo ładną butelkę i przede wszystkim metamorfozę, którą piwo przechodzi w trakcie spożywania jednej butelki – 6 kufelków i nadzieja, że na Tyskim Klasycznym zmiany się nie zakończą!
    Przy porównywaniu takich piw nie da uniknąć się szukania podobieństw i różnic. A może właśnie o to chodziło producentowi? Wzbudzić w konsumencie pragnienie analizy i opowiedzenia się za którymś konkretnym rodzajem Tyskiego, co może stymulować przyszłościowy wzrost produkcji konkretnej odmiany. Mnie Tyskie Klasyczne smakuje bardziej od tradycyjnego, jego walory nadają mu charakteru, określają go w szerokim świecie różnorodnych piw, ich smaków i zapachów. Podoba mi się ta wprowadzona niedawno innowacja marki Tyskie, zdecydowanie wprowadza ona nowe tchnienie w spojrzenie na Tyskie i jego niezmienny smak. Warto spróbować takiej odmiany, nawet jeśli nie dla „przerzucenia się” na nie, a dla poszerzenia swoich piwnych horyzontów oraz bycia świadkiem zmieniającej się przed naszymi oczami historii piwnej.






    A więc bitwa rozstrzygnięta! 12 : 7 dla Tyskiego Klasycznego!!