Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 września 2012

Noteckie - Jasne Niskopasteryzowane i Eire Ciemne

Dzisiaj rano na mojej skrzynce pocztowej dostałem dwie ciekawe wiadomości. Otóż Asia z Bartkiem postanowili umilić mi dzień, przesyłając dwie ready-to-publish recenzje piw - Noteckiego Jasnego Niskopasteryzowanego i Noteckiego Eire Ciemnego. Nie pozostaje mi nic innego jak im bardzo za to podziękować, a Was zaprosić do lektury! No to lecimy!


NOTECKIE JASNE NISKOPASTERYZOWANE
Puszcza Notecka to nie tylko niezwykła przyroda, ale również mały, lokalny Browar Czarnków, gdzie już od 1893 roku w tradycyjny sposób i przy użyciu naturalnych składników warzy się piwo. Spośród bogatej oferty wybraliśmy do degustacji jedno z nich – Noteckie Jasne Niskopasteryzowane. Oto nasze spostrzeżenia…


Fakty

  • 5,6% alkoholu, 12,1 ekstraktu
  • Rodzaj: Piwo jasne
  • Producent: Browar Czarnków
  • Piwo niskopasteryzowane

  • Z zewnątrz:

    Z daleka piwo nie zachęca. Gotycka czcionka na 5 kolorowej etykiecie, brak krawatki i „dziurkowana” data przydatności przywodzą na myśl czasy głębokiego PRL’u. Natomiast niska i pękata butelka czynią piwo poręcznym do picia.

    Od środka:

    Piwo nalane do szklanki wytworzyło dużo delikatnej piany, która na dłużej przykryła złocisty trunek. Do degustacji zachęcał wydobywający się subtelny aromat chmielu. Delikatne gazowanie oraz lekko wyczuwalna goryczka podkreślają orzeźwiający i świeży smak piwa, zaprzeczając poniekąd jego niemałej mocy.

    Podsumowanie:

    Wygląd zewnętrzny trunku ma się nijak do jego zawartości. Smutna i depresyjna butelka skrywa wewnątrz pełne radości orzeźwiające piwo, które idealnie nadaje się na letnie dni.


    NOTECKIE EIRE CIEMNE
    Dziś znów udaliśmy się w odmęty Puszczy Noteckiej, tym razem po ciemny odpowiednik Noteckiego.


    Fakty:

  • 5,6% alkoholu, 14,1% ekstraktu
  • Rodzaj: ciemny lager
  • Producent: Browar Czarnków
  • Piwo Eire ciemne

  • Z zewnątrz:

    Podobnie jak Noteckie jasne niskopasteryzowane, Eire ciemne lane jest do pękatych 330 ml butelek z brązowego szkła. Etykieta również utrzymana jest w podobnej konwencji.

    Od środka:

    Piwo po otwarciu nie wydało charakterystycznego „syknięcia”. I rzeczywiście po nalaniu do szklanki wytworzyło znikomą ilość bardzo nietrwałej piany. Trunek wyróżnia się ciekawą, wiśniowo- brunatną barwą, natomiast z drugiej strony wyglądem przypomina napoje typu cola. Słaby aromat oraz zbyt lekka goryczka i słodowy smak czynią to piwo mało wyrazistym. Brak w nim obiecanej kawy, owoców i czekolady, a jedynie karmelowy posmak.

    Podsumowanie:

    W odróżnieniu od Noteckiego jasnego niskopasteryzowanego nieciekawe opakowanie nie skrywa dobrego i interesującego piwa. Ciemny lager okazał się jedynie nudnym, karmelowym trunkiem.


    Asiu, Bartku - dzięki za zawitanie na Jasnym Pełnym! Liczę na więcej Waszych epizodów z poznańskich degustacji :)

    środa, 11 lipca 2012

    Kruk - pierwszy American Stout w Polsce!

    10 lipca 2012, 18:40 - Strefa Piwa na krakowskim Kazimierzu...

    20 minut do premiery Kruka - pierwszego ciemnego American Stouta w Polsce. Zająłem już moje idealne miejsce i popijając Svijańskiego Rytira czekam na to, co zaraz się wydarzy. Wkoło prawie nikogo. Na sali jedynie siedzi kopyr - to właśnie według jego receptury owy Kruk powstał. Podekscytowanie zaczyna być coraz większe - to pierwszy tego typu event, na którym mam przyjemność gościć. Specjalnie na tą okazję wdziałem moją "firmową" koszulkę Jasnego Pełnego i czekam, kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać...
    Zaczynają się zbierać pierwsi ludzie. Na rzutniku lecą pierwsze zdjęcia z procesu produkcji Kruka.

    Czekając na 19:00 mam chwilę, żeby napisać kilka słów o miejscu, w którym jestem. Nie przypadkiem premiera pierwszego gatunkowo piwa w Polsce odbywa się właśnie tutaj. Strefa Piwa to miejsce magiczne dla każdego, dla kogo dźwięk otwieranego lub nalewanego piwa nie jest obojętny. Na prawie każdej ścianie wiszą piwne akcesoria - etykiety, podkładki pod kufle, ale największe moje uznanie zdobyła mała ścianka przy samym wejściu, zbudowana z butelkowych kapsli. Jeśli chodzi o asortyment piwny - to wśród najlepszych piw czeskich, belgijskich i polskich każdy znajdzie coś dla siebie. A jeżeli po przyjściu tutaj ktoś będzie się czuł przytłoczony ogromem tych wszystkich browarów (tak jak ja za pierwszym razem), to nic nie szkodzi - chłopaki (a ostatnimi czasy pojawiła się tam również jedna pani) to absolutna czołówka jeśli chodzi o krakowskie knajpy. Nie tylko potrafią doradzić piwo na każde podniebienie, ale również są totalnie pro, jeśli chodzi o piwną wiedzę i sposób podania naszego wymarzonego trunku. Nadal Was to nie przekonuje? Dorzucę jeszcze imprezy tematyczne, takie jak "czeskie wtorki" i "O podróżach przy piwie", scrabble, karty i darmowe próbki dla tych całkowicie niezdecydowanych i wiecie co wyjdzie z takiego połączenia? Absolutny MUST-VISIT-AND-DRINK-BEER na piwnej mapie Krakowa!
    A tymczasem wielkimi krokami zbliża się godzina 0, czyli w tym przypadku 19:00. I nawet w końcu przyszedł Bartek! i w ogóle w Strefie zrobiło się nieco gwarniej...

    Fakty:

  • Gatunek: American Stout
  • Producent: browar Widawa, według receptury Tomasza Kopyra
  • Browarowy komputer wskazał wynik 60 IBU
  • Cena w knajpie: 10zł

  • O 19:15 stanął przede mną pierwszy kufel naszego dzisiejszego bohatera. Całkowicie kruczoczarny browarek jest pokryty ciemnoszarą, niską i szybkozanikającą pianą. W zapachu niespodzianka (przynajmniej dla kogoś, kto na co dzień nie pija za dużo stoutów), bo piwo pachnie dość podobnie do Black IPY. Znajdziemy tu trochę słodkich owoców cytrusowych i trochę kawy. Bartek wyczuł tu coś z kory, a obydwoje znaleźliśmy aromaty sosnowe. Już pierwszy łyk mocno zweryfikował to co czułem w zapachu. Nie wyczuliśmy tutaj ani kawy, ani owoców. Zdecydowanie dominuje przyjemna i bardzo intensywna goryczka, wynikająca głównie z naturalnego chmielu. Gorzki smak zostaje z nami aż do ostatniego łyku i myślę że i na długo potem. Zaskoczył mnie odrobinę brak wyjątkowo mocnej chmielowości, której się spodziewałem po tym jak zacząłem doczytywać, czym charakteryzuje się American Stout. Kopyr stwierdził, że faktycznie tego aromatu jest mniej, ale "na premierze chmiel kopał w ryj".
    Jeśli chodzi o ocenę, to jeszcze nie znam się na tyle, żeby w pełni móc docenić fakt, że jest to pierwszy American Stout w Polsce. Doceniam natomiast to, że jest to miła ucieczka od wielu ciemnych piw, które są albo tylko słodkie, albo tylko kawowe. Doceniam również to, że pierwotny zapach tak bardzo zrobił mnie w konia. Spodziewałem się czegoś kawowo-owocowo-kwiatowo-słodkiego, a w rzeczywistości dostałem mocne, siermiężne, czarne piwo. Dla mnie jest to mocna kufelkowa 8!




    Bardzo bym sobie życzył, żeby podobne inicjatywy były w Polsce robione jak najczęściej, bo własnie dzięki takim akcjom nasz piwny rynek staje się coraz bardziej urozmaicony. A co do samego kopyra-twórcy? Człowiek z niesamowitą pasją i charyzmą - jestem przekonany, że będę na jego kolejnych piwnych premierach w Krakowie, bo wierzę, że na Kruku jego wizja się nie skończy.
    Jemu, Strefie Piwa i wszystkim nowościom szczerze życzę powodzenia i gorąco trzymam kciuki! Wszystkich tych, którzy są spragnieni wiedzy jak Kruk powstał - odsyłam do kopyrowego posta... A wszystkich chętnych na spróbowanie tegoż piwka zapraszam do Strefy Piwa, ino trzeba się spieszyć, bo nie wiadomo jeszcze czy produkcja tego browarku będzie kontynuowana, czy na jego miejsce nie wpadnie coś innego.

    Bartku - dzięki bardzo za dotrzymanie towarzystwa!

    poniedziałek, 2 lipca 2012

    Bernard černý ležák - i o ciemnych lagerach słów kilka!

    Bernard černý ležák to po jego Jantarovým "bracie" drugie piwo z czeskiego browaru, które mam przyjemność kosztować. Jest to równocześnie jeden z pierwszych i nielicznych ciemnych lagerów na Jasnym Pełnym, więc może warto by było na chwilę zastanowić się, czym ów gatunek się charakteryzuje?
    Może się to nie wydawać takie oczywiste, ale jasne lagery, z racji trudności związanych z ich produkcją, nie były bardzo popularne aż do drugiej połowy 19 wieku! Większość lagerów produkowanych do lat czterdziestych tegoż wieku miała kolor ciemny. W zależności od regionu, w który produkuje się ten gatunek piwa, może on przybierać różne nazwy. Czesi rozróżnią go na tmavý lager (tmavý = ciemny), a jeżeli piwko będzie miało naprawdę czarny kolor, nazwą go po prostu lagerem černým (tak jak nasz dzisiejszy bohater). Niemcy takie piwerko nazwą dunkelem, dopplebockiem, lub schwarzbierami. Austriacy na ciemnego lagera powiedzą, że jest to lager typu wiedeństkiego. Dark lagery różnią się w kolorze od bursztynu do ciemnego brązu. Woltażowo - od 4.5% do 6%.


    Fakty:

    • 5.1% alkoholu, 13% ekstraktu
    • Rodzaj: europejski ciemny lager (Euro Dark Lager)
    • Producent: czeski browar Bernard
    • Piwo niepasteryzowane, niefiltrowane

    Z zewnątrz:

    Bardzo wiele cech wyglądu zewnętrznego jest identycznych z opisywanym już przeze mnie Jantarovým ležákiem. Identyczny jest kapsel, krawatka, tłoczenia na butelce i w końcu fakt, że butelka jest krachlą. Na głównej etykiecie znajdziemy jedno z wielu wcieleń Stanislava Bernarda - założyciela browaru - tym razem w wersji diabolicznej. Na tylnej, czarnej jak smoła, etykiecie złotymi literami wyryto między innymi to, że černý ležák jest wyprodukowany z własnego słodu BERNARD. Właśnie temu piwerko ma zawdzięczać swój karmelowy i gorzki smak (a dziwne, bo myślałem że goryczka zależy tylko od chmielu?). Podobnie jak w opisanym poprzedniku, tutaj także skład znajdziemy zapisany dwukrotnie. Niestety w obu rubrykach pojawia się chmielowy ekstrakt...


    Od środka:

    Otwarciu czarnego Bernarda towarzyszy niewyraźny syk, który po przelaniu do kufelka zamienia się w gęstą, acz nietrwałą, brązowawo-szarą pianę. W zapachu dominuje delikatna czarna kawa i palony karmel (ale nie taki słodki, ino raczej intensywno-gorzki, bez dodatku cukru). Pora powiedzieć kilka słów o smaku tego ciemnobrązowego stouta. Pierwszy łyk okazał się bardzo gorzki, jednak to uczucie z każdym kolejnym łykiem się zmniejszało. Z czasem dało się wyczuć coś co przypisałbym do kwaśnych, suszonych jabłek, delikatnie przypalonych nad piecem. Ten aromat był wyczuwalny do samego końca, lekko przemieszując się z coraz słabszą, zanikającą goryczką i karmelowym posmakiem.

    Podsumowanie:

    Zasiadając do tego Bernarda po wyjątkowo obiecującymBernardowskim Jantarowym Leżaku, miałem wyjątkowo wysokie wymagania, które niestety nie do końca zostały spełnione. Spodziewałem się chyba czegoś bardziej gorzkiego i nieco mocniejszego w smaku. W dodatku, trochę zaczęły mnie irytować te kwaśne posmaki. Biorąc jednak pod uwagę, że jest to już któryś Bernard, który próbuję i wszystkie pozostałe były bardzo dobre, zrzucam to na karb rozregulowanego smaku po ostatnim rajdzie, albo chwilowej niedyspozycji kubków smakowych. Bernard to marka, której na pewno należy dać drugą szansę i jak tylko będę miał okazję, zasiądę do niego ponownie. Na dzisiaj - dając duży kredyt zaufania (szczególnie biorąc pod uwagę szereg zdobytych złotych medali (łącznie z pierwszym miejscem na World Beer Awards w 2011), wstrzymam się od oceny - wrócę tu z następną butelką i wtedy wydam swój werdykt.


    czwartek, 24 maja 2012

    Spiżowe Ciemne - Spiż po raz trzeci!

    Spiżowe Ciemne miałem okazję spróbować już któryś raz. Teraz przy okazji pobijania Światowego Rekordu Guinessa w graniu na gitarach na wrocławskim rynku. Dla jasności - rekord został pobity (jupi!), a ja na tym instrumencie ni w ząb grać nie potrafię. Jednak dzięki przyjaciołom, którzy odpowiednio układają gitarowe chwyty i pozwalają mi dokładać rękę tylko do strun, pobicie rekordu stało się dla mnie (a nawet dla mojej córy!) możliwe :)

    Dziękuję im z tego miejsca!

    Pobyt we Wrocławiu większą paczką pozwolił mi na wprowadzenie w życie planu, z którym od dość dawna się nosiłem - stworzenia elektronicznego opisu piwka - takiego przy kuflu, na świeżo w knajpce, z dyktafonem. Następnie nagrania takie mogę sobie na spokojnie w domu przesłuchać, wyłuskać z nich najważniejsze informacje i na tej podstawie stworzyć dla Was kolejny opis. Win-win situation!
    Jednym z pierwszych opisywanych w ten sposób piwek było właśnie Spiżowe Ciemne, a w stworzeniu tego wpisu dzielnie pomagali mi Monia z Bodziem!


    Fakty:

  • Piwo ciemne z browaru Spiż we Wrocławiu
  • Cena: 10 złotych za pół litra
  • Do 6.2% alkoholu, 12-15% ekstraktu
  • Niepasteryzowane, niefiltrowane

    Z zewnątrz:

    Spiżowe Ciemne zostało podane w prostej, ale fajnej szklance. Minus za to, że identyczne szklanki są używane zarówno do piw ciemnych, miodowych, a nawet pszenicznych. Drugi minus za to, że z powodu nadmiaru gości zabrakło, obecnego zawsze i niejako kojarzonego z tym miejscem, chleba ze smalcem. Sorry, ale chyba można przewidzieć, że w długi weekend majowy pojawi się dużo ludzi i jakoś odpowiednio na ów fakt się przygotować.


    Zdjęcie zostało zrobione w dniu, kiedy zapasy smalcu i chleba zostały już uzupełnione. Nagranie powstawało natomiast wieczorem kilka dni wcześniej - wtedy smalec zdążył już niestety "wyjść"...
    Od środka:


    MARIAN: Spiżowe Ciemne pachnie trochę jak kawa. Taka mocna, niesłodzona i niezabielana. Chociaż może nawet bardziej niż kawę, czuć tam cukierki Kopiko. Po zamotaniu piwem, nie uraczymy na nim piany, nic się tam nie pojawia. Piwko jest średnio wysycone, trochę gryzie pod językiem, ale też nie za bardzo. Jest zbyt ciemne, żeby powiedzieć coś o jego nagazowaniu - nijak nie byłem w stanie dostrzec bąbelków CO2. Jeśli chodzi o smak, to bez niespodzianek - wyczujemy dokładnie to samo co w zapachu. [W tym momencie podczas degustacji, zaczęła mnie męczyć czkawka, więc dalsze odszyfrowywanie nagrania było nieco utrudnione, ale dałem radę!]. Jak na ciemne piwo za którymi nie przepadam, Spiżowe wypada całkiem nieźle. Niestety, poza naleciałościami kawy i Kopiko, nie znalazłem tam nic chmielowego, ani słodowego. Trochę tak jakby człowiek pił pół na pół kawy z wodą. Sami przyznacie, że jak na piwo, to za słaby wynik. W połowie kufla, piana już całkowicie opadła, zostawiając jedynie meszek na szkle. Smak w zasadzie się nie zmienił - zyskał jednak trochę na słodowości i czegoś w rodzaju suchości.
    MONIA: podzieliła moja obserwację, związaną z brakiem jakiejkolwiek piany na tym trunku. W zapachu wyczuła bardzo intensywną kawę i spalony, domowy karmel. Przed pierwszym łykiem, Monia lojalnie ostrzegła, że nie jest fanką ciemnych piw, więc przez to jej ocena może być zaniżona. W smaku nie wyczuła dużo goryczki (co ciekawe - więcej wyczuła w piwie miodowym...). Pomimo, że w zapachu był wyczuwalny karmel, w smaku nie znalazła nic słodkiego. Wyraźnie jednak zarysował się aromat kawy, szczególnie na chwilę po wypiciu. Jak zapytałem Monię o ocenę Ciemnego Spiża, to przypominając raz jeszcze że ciemnych piw generalnie nie lubi, wystawiła 1 kufelek.
    BODZIO: był bardzo oszczędny w słowach, opisując smak Spiżowego Ciemnego - stwierdził, że smakuje jak czeska Kofola i niestety nie udało mi się z niego wydusić ani jednego słowa więcej...

    Podsumowanie:

    Reasumując, po wypiciu 1/5 Spiżowego Ciemnego zacząłem żałować, że wziąłem go w wersji dużej, płacąc za niego 10 złotych! To za dużo jak na takiego browarka, tym bardziej biorąc pod uwagę, że przemiał ludzi jest tu taki, że wątpię aby Spiżowe było wyrabiane tak samo, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jakość opuściła się wyraźnie w dół. Mimo to, ze wszystkich piw, które spróbowałem w tym browarze, Ciemne wypadło najlepiej i byłby to chyba jedyny rodzaj, po który sięgnąłbym ponownie. Smutna (a może nie taka smutna!) prawda jest taka, że przez te miesiące prowadzenia Jasnego Pełnego spróbowałem tak dużej ilości różnych, fantastycznych piw, że dopiero teraz pomału przeglądam na oczy i widzę, że oceny dane Spiżowemu Jasnemu i Miodowemu były mocno zawyżone... Przy Ciemnym takiego błędu nie popełnię - 5 kufelków to jest max, na co jestem w stanie się zgodzić.



  • wtorek, 26 lipca 2011

    Lwówek Książęcy

    Nie mam pojęcia jak zacząć ten wpis. Zaskoczenie, w jakie wprawił mnie mój przyjaciel, przychodząc do mnie w poniedziałek o 10 rano i trzymając w swoich dłoniach dwie butelki złocistego trunku, może być porównywalne tylko z tym zaskoczeniem, w które by mnie wprawił, przynosząc cztery butelki.
    Rzeczone butelczyny to Lwówki Książęce. Moje zdziwienie było tym większe, że nigdy o tym piwie nawet nie słyszałem, a biorąc pod uwagę bogatą historię zarówno jego, jak i miejsca w którym jest warzone, powinienem. Postaram się Wam ją pokrótce przybliżyć.

    W 1165 roku Bolesław Kędzierzawy zarządził, że w Lwówku Śląskim, w którym najprawdopodobniej kilka lat wcześniej rozpoczął budowę warowni, powstanie pierwszy w okolicy browar. Początkowo, piwo w nim warzone miało być tylko na użytek własny, oraz dla służby, przebywającej na zamku. Cytując piwowarów z Lwówka:
    Według niepotwierdzonych przekazów w 1175 roku Lwówek gościł księcia Bolesława Wysokiego. Niewykluczone, iż powodem przedłużonego pobytu na zamku była niezaplanowana i zarazem wielodniowa degustacja złocistego trunku. A to pijaki jedne! :)
    Kolejny Piast - Henryk Brodaty, nadał Lwówkowi uprawnienia piwowarskie, razem z prawem mili piwnej. Miasto, które to prawo dostawało, miało bezwzględny monopol na produkcję złocistego trunku w promieniu mili piwnej (7.5 km) od murów miasta.
    W związku ze zwiększającym się zapotrzebowaniem na lwóweckie piwo w drugiej połowie XIV wieku, w 1387 r. na Górze Chmielowej założono dużą plantację chmielu.

    Kolejne lata to przede wszystkim walka z lokalną konkurencją o utrzymanie prawa mili piwnej. Coraz częściej zmieniano prawo, aby jak najbardziej ukrócić wyrób piwa w domowym zaciszu.
    W 1867 roku, browar nie wytrzymał rodzącego się kapitalizmu - po upadku, został wystawiony na sprzedaż. Szybko znaleziono kupca i już po 4 latach, produkcja piwa została zmodernizowana i szła w najlepsze. Nie przerwała jej nawet druga wojna światowa, podczas której lwóweckie piwo trafiało do najbardziej zasłużonych żołnierzy i oficerów.
    Największe problemy browar odnotował już za "naszych" czasów. Mimo przeprowadzenia programu naprawczego i wdrożeniu do produkcji kilku nowych rodzajów piw, 16 września 1998 sąd ogłosił upadłość śląskiego browaru. Niecały rok później, majątek został wykupiony przez Niemca - Wolfganga Bauera. Od tego momentu zaczął się "złoty okres" dla browaru we Lwówku. Produkowane tam piwa, wielokrotnie zajmowały miejsca na podium najważniejszych branżowych konkursów. Dlatego wiadomość o sporządzeniu w styczniu 2007 roku ostatniej warki piwa mieszkańcy Lwówka Śl. i amatorzy piwa przyjęli ze sporym zaskoczeniem.

    800 lat tradycji nie zostało zaprzepaszczonych tylko dzięki Markowi Jakubiakowi, prezesowi browaru Ciechan w Ciechanowie. Nowy właściciel postawił sobie za cel połączenie przeszłości z teraźniejszością. Efektem takich planów stała się kontynuacja starej, tradycyjnej metody warzenia, która jednocześnie musi spełniać dzisiejsze wymagania. W rezultacie już 11 czerwca 2010, po gruntownej modernizacji całego browaru, ogłoszono wznowienie produkcji Lwówka Książęcego.
    Na sukcesy nie trzeba było długo czekać - 20 sierpnia piwko wygrało plebiscyt na najlepszy produkt regionalny Dolnego Śląska. Nic tylko pogratulować!


    Fakty:

  • 5.4% alkoholu, 12.1% ekstraktu
  • Cena w jednym z warszawskich sklepów to: 3.20 zł
  • Piwo jasne "nieutrwalone" (o tym za chwilę)

    Z zewnątrz:

    Lwówek Książęcy jest rozlewany do standardowych, brązowych, zwrotnych (na szczęście!) butelek. Na górnej etykiecie znajdziemy logo browaru. Ciekawe jest, że lew trzyma tarczę, na której znajdziemy litery "M" i "J". Najprawdopodobniej są to inicjały prezesa browaru (wspomnianego Marka Jakubiaka), ale nigdzie nie znalazłem informacji potwierdzających, bądź dementujących ten fakt. Przeczytamy też tutaj, że piwo jest nieutrwalone. Pierwszy raz spotkałem się z tym określeniem, więc postanowiłem coś na ten temat poszukać. Okazuje się, że od stycznia w browarach Ciechan i Lwówek 1209 nie są już produkowane piwa niepasteryzowane, ale właśnie nieutrwalone. Wynika to z nadużywania pierwszego z tych określeń, przez duże browary. Idąc za artykułem:

    Małe regionalne browary nalegają na zmianę nazwy, ponieważ duże browary przemysłowe wykorzystują tę nazwę dla swoich piw, które są pozbawione drożdży, witamin i mikroelementów, ale za pomocą innej metody - filtracji. Wtedy takie piwo niczym nie różni się od piwa pasteryzowanego (ma także długi termin ważności), a używa nazwy, która klientom kojarzy się z naturalnie wyprodukowanym piwem.





  • Reszta butelki nie wzbudza już raczej ekscytacji. Kapsel jest identyczny z tym, jaki znajdziemy na Ciechanie. Na przedniej etykiecie znajdziemy rycinę Ratusza z początku XVI wieku, oraz bardzo krótką (wynikającą z nie utrwalenia tego piwa) datę ważności. Interesującą pozycją jest informacja o tym, że Lwówek Książęcy w 2010 został najlepszym polskim piwem jasnym do 13 stopni BLG, według plebiscytu forum, na które serdecznie zapraszam!

    Chyba jeszcze nigdy tak się nie rozpisałem o "zewnętrznej stronie" piwa! :)

    Od środka:

    Otwieramy butelkę i od razu wita nas głośny i radosny syk. Dopiero po przelaniu do kufla, okazuje się jak jest bardzo nasycone dwutlenkiem węgla. Z dołu leci bardzo wiele pęcherzyków. Nie wpływa to jednak znacząco na pianę, która już po chwili zmienia się w cienki osad. Piwko jest przyjemne w zapachu. Wyróżnia się od koncerniaków tym, że zapach utrzymuje się dłużej niż tylko przy otwarciu butelki. Lwówek w smaku jest bardzo przyzwoity. Ciężko jest mi go przyrównać do jakiegokolwiek innego piwa (co mnie niezmiernie cieszy). Nie jest ani gorzkie, ani słodkie, ani mocne, ani wodniste. Jest takie "wypośrodkowane", stonowane i naturalne. Czuć, że nie jedna warka się ulała, zanim uzyskano taki smak.

    Podsumowanie:

    Gdyby nie Pan Marek Jakubiak, dzisiaj pewnie nie byłoby browaru w Lwówku Śląskim. Nie byłoby Lwówka Książęcego, ani Ratuszowego. Nie byłoby piw "nieutrwalanych", produkowanych tutaj i w Ciechanowie.
    Jakie może być najlepsze podsumowanie Lwówka Książęcego? Podczas pisania tego paragrafu, nadal nie znalazłem odpowiedzi na pytanie "w jaki sposób opisać smak tego piwa". Ale pociągając łyk za łykiem wypiłem już całą szklankę. I z każdym łykiem smak zdaje się być coraz lepszy, a mi jest coraz przyjemniej. Lwówek jest piwem, które każdy piwosz powinien zdecydowanie spróbować!

    Na koniec zapraszam na bardzo interesujący, krótki wirtualny spacer z Panem Markiem po całym browarze Lwówek. Zobaczmy jak produkowane jest piwo, które mamy okazję z przyjemnością kosztować.




    P.S. Zanim zobaczycie moją ocenę mam do Was wielką prośbę!
    Chciałbym, żeby ten blog jak najbardziej trafiał w Wasze gusta. W związku z tym mam do Was kilka pytań, które pomogą mi w tym, żeby tak było. Odpowiedzi możecie pisać w komentarzu, bądź wysłać mailem na adres blog.jasne.pelne@gmail.com

  • 1) Czy wstępy do postów są interesujące? Czy nie są za długie? Czy może lepiej je pomijać?
  • 2) Czy chciałabyś/chciałbyś, aby w postach znalazło się więcej zdjęć danego piwa/butelki/kapsla/etykiet/zdjęć z internetu?
  • 3) Czy piwo powinno być prezentowane w przezroczystej szklance (jak w tym poście), żeby lepiej móc ocenić jego koloryt i przezroczystość?
  • 4) Luźne uwagi, sugestie, krytyka i komentarze.

  • Z góry bardzo, bardzo dziękuję za poświęcony czas.

    A co do Lwówka? Z wielką radością, po Ustrońskim mogę przyznać kolejną 10! Razem z rekomendacją!


    sobota, 23 lipca 2011

    Spiżowe Miodowe

    Po ostatnim wrocławskim Spiżowym przyszła kolej na jego delikatniejszy odpowiednik - Spiżowe Miodowe! Może na samym początku warto zaznaczyć, że nie jestem wielkim fanem ani miodowych, ani innych słodkich piw, jednak podczas majowego pobytu we Wrocławskim Spiżu postanowiłem zaryzykować. Okazało się, że miodowe tam warzone jest jednym z lepszych trunków, jakie dane mi było spróbować!

    W ostatnim poście opisałem nieco historię browaru, więc dzisiaj poświęcę się bardziej temu, co nas najbardziej interesuje - piwerkom!
    Spiżowe jest warzone według tradycyjnych, ponad 500-letnich receptur. Jak możemy przeczytać na stronie internetowej, produkowane jest przez piwowara, a nie informatyka :). Pan Bogdan (właściciel browaru) dołożył starań, aby produkcja nie odbywała się przy użyciu modnej ostatnio we wszystkich koncerniakach metody komputerowej. Wszystkie gatunki warzonych tam browarków (Jasne Pełne, Pszeniczne, Mocne, Karmelowe, Ciemne i dzisiejsze - Miodowe) nie podlegają procesom pasteryzacji i filtrowania. Z tego wynika ich mętny kolor i krótka (dwutygodniowa) data ważności. Wszystkich, którzy mają ochotę przeczytać o pozostałych, nieraz mocno szokujących faktach, związanych z tymi piwkami, zapraszam na stronę Spiżowego do działu Piwo.
    Tymczasem przejdźmy do naszego dzisiejszego bohatera!


    Fakty:

  • Cena wysoka - 16 złotych za butelkę o pojemności 0.9 litra
  • Do 5.7% alkoholu

    Z zewnątrz:

    Miodowe, które do mnie przyjechało zostało rozlane do plastikowej butelki o pojemności 0.9 litra. Całość wygląda na bardzo niedopasowany twór. Etykieta jest identyczna, jak na Spiżowym Jasnym. Podobnie jak poprzednio, brakuje na niej informacji o dacie ważności, ale to nie wszystko - na etykiecie nie znajdziemy również nic o woltażu (żeby móc Wam o tym napisać, musiałem poszperać za tym na stronie internetowej Spiżu), ani nawet dokładnej nazwy piwa! Gdybym nie wiedział jakie piwko zostało kupione, dowiedziałbym się o tym dopiero po przelaniu go do kufla. Całość jest zamknięta nakrętką z logiem browaru Jabłonowo. Nie mam zielonego pojęcia skąd takie rozwiązanie i czy wrocławski browar ma jakieś powiązanie z Jabłonowem, ale moim zdaniem pan Bogdan powinien trochę bardziej popracować nad wyglądem etykiety i butelek. Jak dla mnie, za wygląd zewnętrzny duży minus.

    Od środka:

    Odkręcanie butelki przyniosło głośny syk - dźwięk, którego kompletnie nie było przy poprzedniku. Od razu można było wyczuć miodowy aromat. Ciekawe ile w tym faktycznie naturalnego miodu, a ile aromatu. Szkoda, że takiej informacji nie znajdziemy na etykiecie... Po przelaniu piwka do kufla, pojawia się gęsta, biało-kremowa piana. W przeciwieństwie do Jasnego, została przez dłuższy czas i tak naprawdę nigdy nie zniknęła, a co najwyżej z dwóch centymetrów zmniejszyła się do cienkiej, ale pokrywającej całą powierzchnię piwa warstwy. Miodowe jest bardzo mocno nagazowane i podobnie jak u poprzednika, ma złocisty, mętny, "niefiltrowany" kolor.
    Piwko ma miodowy posmak, chociaż spodziewałem się czegoś więcej. Zapach, który na szczęście do samego końca nie wywietrzał, nie ma dużego przełożenia na smak. Tradycyjnie już, nie znajdziemy tutaj goryczki.

    Podsumowanie:

    Może wynika to z tego, że na co dzień nie piję piw miodowych, ale ten gatunek Spiżowego nie powalił mnie na kolana. Znowu odnoszę wrażenie, że browarek, który piłem w maju był inny i dużo lepszy niż wersja "plastikowa". Jeżeli ktoś z Was lubi piwka delikatniejsze, bez wyraźnej goryczki, to Spiżowe Miodowe jest na pewno warte spróbowania (szczególnie w lokalu). Jeżeli jednak wolicie bardziej tradycyjny smak piwa, to lepiej ulokować te kilka złotych w wersji Jasnej Pełnej.

  • środa, 20 lipca 2011

    Spiżowe Jasne - z Wrocław!

    "Piwo z rana jak śmietana, w szczególności od Bogdana - pij browar Spiż", zapewnia kapela przygrywająca na stronie internetowej pierwszego minibrowaru w Polsce - browaru Spiż we Wrocławiu.

    Nie ukrywam, że nasz dzisiejszy bohater, czyli Spiżowe Jasne Pełne, już przed otwarciem butelki dobrze rokuje. Miałem okazję być we Wrocławiu w maju i zawitać do restauracji Spiż, położonej w sercu miasta. Może "zawitać do restauracji" to za dużo powiedziane, bo gdy już udało mi się odstać swoje w kolejce po piwko i wziąłem jego pierwszy łyk, wszystkie inne potrzeby zeszły na drugi plan. Szczególnie jedzeniowa, która szybko została zastąpiona przez przemiłą panią, lejącą prześlicznie mętny, złoty trunek - otóż okazuje się, że do każdego zakupionego browarka dostaniemy pajdę chleba z (podobno) domowym smalcem! Domowość produktów tłuszczowych nie jest na szczęście tematyką tego bloga, więc pozostawię to indywidualnym rozważaniom, ale przyznać muszę, że pomysł świetny! Smalczyk nie jest najgorszy (chociaż to nie to co u mamy) i do pierwszych kilku piwek pasuje idealnie! Potem niestety okazuje się, że zaczyna prowadzić wojnę z piwem o żołądkową supremację :)

    Tak oto prezentuje się wspomniane Spiżowe na wrocławskim Rynku


    Ale do rzeczy!

    Pierwszy minibrowar w Polsce został otwarty 27 czerwca 1992 roku. Nazwa Spiżu pochodzi od nazwiska założyciela i pomysłodawcy - pana Bogdana Spiża. On właśnie stwierdził, że w podziemiach wrocławskiego ratusza znajdzie się miejsce nie tylko na restaurację, ale również na minibrowar, pub piwny i sklepik z piwnymi upominkami. Ciekawostką jest to, że goście restauracji, mogą na własne oczy podziwiać proces warzenia Spiżowego.

    W 2005 roku otwarto nową "filię" w Katowicach. Styl nowego minibrowaru zdecydowanie różni się od pierwowzoru - w przeciwieństwie do wrocławskiego, zabytkowego klimatu, na Śląsku rządzi nowoczesność i młodzieżowość.
    Na szczęście receptury się nie zmieniają. Piwo nadal adresowane jest do "wielbicieli piwa świeżego, żywego, niepasteryzowanego, niefiltrowanego - "spiżowego"". Mam nadzieję się o tym niedługo przekonać.

    Tym czasem przejdźmy do opisu samego piwka!

    Spiżowe w "wyjściowym" wdzianku.


    Fakty:

  • Pewnie w Spiżowym sklepiku można kupić piwko w różnych opakowaniach. Moja butla ma pojemność litra i zamknięta jest kapslem ceramicznym. (Wielki PLUS!)
  • Cena niestety wysoka - 20 złotych...
  • Do 5.3% alkoholu, 12% ekstraktu

    Z zewnątrz:

    Tak jak napisałem wyżej - piwko jest zamknięte w litrową butelkę, zwieńczoną kapslem ceramicznym. Nie wiem skąd to się bierze, ale ostatnio znajduję coraz więcej piw zamykanych właśnie w ten sposób. Na kapslu znajdziemy malutkie logo browaru, gatunek piwa, oraz informację o woltażu. Przednia etykieta wygląda dość ubogo - znowu znajdziemy tu logo, rysunek ratusza, adres browaru i skład. W tym wszystkim brakuje jednej rzeczy - daty ważności. Niby na górnej etykietce znajdziemy sakramentalny napis: "Należy spożyć przed:", ale zaraz pod nim jest tylko puste miejsce. Strasznie szkoda, że pan Bogdan nie pokusił się o nadanie swoim piwkom jeszcze bardziej domowego akcentu (tak jak to jest w Ustrońskim) i data ważności nie jest wypisana ręcznie. Jedynym ratunkiem jest pani sprzedająca w sklepiku, która mówi, że piwa mają 2 tygodnie ważności. Niestety, informacji o tym kiedy dana butelka została uwarzona też nie znajdziemy. Bardzo mi się to nie podoba. Minus.




    Od środka:

    Otwieram fikuśne zamknięcie butelki i w sumie nic się nie wydarzyło. Z butelki nie uniósł się żaden zapach, piwko się nie spieniło, ale to nic - pamiętam, że we Wrocławiu z tą pianką też było różnie. Po przelaniu piwka do kufla, zaczęło wyglądać pięknie. Naturalnie mętny, złocisty kolor z malutkimi drobinkami chmielu i drożdży. Nie spotkamy tego w żadnym koncernowym, po tysiąckroć przefiltrowanym piwie. Ktoś powie, że w piwie nic nie powinno pływać. Według mnie właśnie ta mętność i te farfocelki potwierdzają domowość i naturalność produkowanego piwa. I nawet pianka się pojawiła - biała, na grubość centymetra. Długo ze mną nie została, ale został po niej chociaż osad na powierzchni.
    Przejdźmy do smaku. Muszę przyznać, że troszeczkę się rozczarowałem. Pamiętając niesamowity, jedyny w swoim rodzaju smak lanego Spiżowego, oczekiwałem czegoś podobnego po jego butelkowej wersji. Nie wiem z czego to wynika, ale mój browarek smakuje dość wodniście. Jeśli chodzi o goryczkę, to jest tu prawie niewyczuwalna (zarówno w butelce, jak i w wersji lanej), ale nie uważam tego absolutnie za wadę. Każde piwo, pochodzące z minibrowaru ma swoją duszę, swój smak, który ciężko określić kilkoma cechami.

    Podsumowanie:

    W Spiżowym butelkowym brakuje mi tego "czegoś" co było tak wyczuwalne podczas siedzenia pod parasolem w ogródku. Browarek (cały czas podkreślam, że mówię tylko o wersji butelkowej) z piwa wyjątkowego, charakternego i innego niż wszystkie, zbliżył się w stronę piwa z CK Browaru. Co prawda będzie się wyróżniać wśród piw na sklepowych półkach, ale najbardziej wyszukanych gustów może nie zachwycić. Mimo to uważam, że minibrowar w podziemiach wrocławskiego ratusza jest miejscem obowiązkowym dla każdego, komu smak piwa nie jest obojętny.

    Jeśli chodzi o ocenę, to średnia z piwa, które piłem w maju i dzisiejszego wynosi 9 kufelków. Dodatkowo Spiżowe Jasne dostaje moją bezcenną (:D) rekomendację. Odwiedźcie pana Bogdana podczas najbliższej wizyty we Wrocławiu, zobaczcie jak warzy się tam piwko, usiądźcie w gwarnym, ale miłym ogródku i zagryzając kromką ze smalcem, spróbujcie piwa innego niż wszystkie.


  • piątek, 15 lipca 2011

    Zlatopramen - czeskie złote źródło

    Nie zwalniamy tempa i wracając z tajemniczego Bliskiego Wschodu, gdzie próbowaliśmy tamtejszej, lodowatej Almazy, jedziemy do naszych południowych kamradkov - na Czechy! Stamtąd właśnie przyjechał do mnie kolejny prezent - Zlatopramen!

    Delson, któremu serdecznie dziękuję za możliwość spróbowania tego czeskiego piwka, tak oto pisze o Zlatopramenie:

    Piwo Zlatopramen - z języka czeskiego "złote źródło". Nazwa pochodzi od mosteckiego lagera (Most - miasto w północno-zachodnich Czechach, lager - piwo, które cechuje użycie drożdży dolnej fermentacji oraz niskiej temperatury leżakowania) Goldquell.
    Złoty napój produkowany jest przez kompanię Drinks Union z siedzibą w Ústí nad Labem, której to tradycja sięga XVII wieku. Browar ten istnieje od 1867 roku. Trunek od 1900 roku eksportowany jest do wielu krajów europejskich (w tym Polski) a także poza Europę.
    Mam nadzieję, że tyle Ci wystarczy.


    Zarówno Delson jak i ja, bardzo chcielibyśmy móc napisać Wam coś więcej o tym piwku - jego historię, coś o browarze, może jakieś ciekawostki z nim związane, ale niestety producent nie stanął na wysokości zadania. Nie dość, że jego strona internetowa jest potwornie chaotyczna, to w dodatku nietłumaczalna na język angielski. Toż to już nawet browary rosyjskie i libańskie robią tłumaczenia dla obcokrajowców. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, że "złote źródło" jest robione przez Heinekena, a mimo to się nie postarali. Za to bardzo duży minus...


    Fakty:

  • Piwko produkowane w Czechach w Uściu nad Łabą przez Heinekena
  • 4.9% woltażu

    Z zewnątrz:

    Zlatopramen jest podawany w miłej dla oka, zielonej butelce (stąd ostrzeżenie z tyłu, aby chronić przed mrozem i promieniami słonecznymi), zwieńczonej kremowym, estetycznym kapselkiem z nazwą piwka. Cała górna i 3/4 tylnej etykiety jest zasmarowane informacjami o konkursie. Szkoda, że nie zdecydowali się na nieco mniejszą informację, albo np. na fragment odklejanej etykiety...

    Może w tym miejscu warto poruszyć ciekawy skład tego piwa:
  • woda pitna - wiadomo
  • słód jęczmienny - jasne
  • chmiel - pewno
  • produkty chmielowe - oO
  • kwas mlekowy - ale o co chodzi?

    Ostatnie dwa składniki są dla mnie dość dziwne, ale zastanawiam się, czy jeżeli by pić dużo tego piwa, to miałoby się mniejsze zakwasy? Przecież właśnie kwas mlekowy wytwarza się w mięśniach przy intensywnym wysiłku... Może warto by to sprawdzić? :)

    Od środka:

    Ani zaraz po otwarciu butelki, ani po przelaniu do kufla nie poczujemy żadnego zapachu. Niestety również piana, choć biała i gęsta, nie zostanie z nami na długo. Samo piwko, z początku mocno zgazowane, jak na dobre "źródło" przystało, szybko wycisza swoją powierzchnię i nie puszcza już tak ochoczo bąbelków.
    Smak? Raczej średniawy - podobny do wielu polskich piw. Od rodzimych gatunków odróżnia go jedynie to, że po każdym łyku na wargach pozostaje charakteryczna dla ukraińskich, albo rosyjskich piw goryczka. Na szczęście do samego końca, nie ma w nim nic takiego, co by odrzucało. Pije się przyjemnie, nawet ostatnie wygazowane łyki.

    Podsumowanie:

    "Złote źródło" jest typowym średniakiem - da się go bez problemu wypić, ale nie zachwyca. Jak ktoś szuka piwka, którego smak zapamięta na długo, to polecam również czeskiego Budweisera (którego już niedługo opiszę). Zlatopramen nadaje się do posiedzenia przy meczu, albo przy filmie i wypicia kilku sztuk na miły wieczór. Niestety, ale wyżej niż szósteczki to ode mnie nie dostanie...

    Delsonku - olbrzymie podziękowania za prezent. Mam nadzieję, że nie masz mi za złe dość niskiej oceny? :)

  • wtorek, 12 lipca 2011

    Almaza - libański diament

    Na sam początek, zapraszam Cię w magiczny świat tego postu i w magiczny świat naszego dzisiejszego bohatera. Otwórz proszę stronę producenta dzisiejszego piwka i włącz głośniki. Mam nadzieję, że uda mi się wprowadzić Cię w chociaż połowicznie tak mistyczny i przyjemny nastrój, jaki towarzyszył mi przy opisywaniu tego piwka.

    Słyszysz już pierwsze nuty muzyki? To zamknij na chwilę jedno oko (bo jak zamkniesz oba, to przestaniesz czytać mojego posta, a nie o to mi przecież chodzi) i rozsiądź się wygodnie.

    Wyobraź sobie błękitne fale, poruszane delikatnym wiatrem. Pojedyncze promienie gorącego słońca przebijają się nieśmiało, acz niepokornie przez parasol, utkany z zielonych palmowych liści. Leżysz na drewnianej leżance, wyłożonej puszystym, białym materacem spoglądając jak czas wokół Ciebie się zatrzymał. Do szczęścia brakuje Ci tylko zimnego piwka. Sięgasz po oszroniony kufel i bierzesz kilka łyków przepysznego, złotego trunku. Zamykasz leniwie oczy...

    Tak właśnie wyobrażałem sobie kraj, z którego pochodzi nasz dzisiejszy bohater - Almaza.
    W ilu miejscach Cię okłamałem? Tego Ci nie powiem, ale chciałbym, żebyś wyniósł z tego posta coś więcej niż tylko kolejny, Marianowy, nudny opis kolejnego piwka.
    Poczytaj, w internecie aż roi się od informacji na temat kraju skąd Almaza pochodzi - Libanu.

    Przejdźmy natomiast do samego browarka. Almaza przyjechała do mnie w prezencie od Moni, która właśnie w tym odległym i dość nieznanym (przynajmniej jeszcze niedawno dla mnie) kraju, postanowiła spędzić swój odpoczynek. Serdecznie zapraszam również na jej bloga, w którym opisuje swoje przygody z innej wyprawy - na lazurowe wybrzeże.

    Poniżej przeczytajcie w jaki sposób opisuje nie tylko samo piwko, ale i kulturę w jakiej można się nim w Libanie delektować:

    Browar Almaza założony został w 1933 r. przez libańską rodzinę Jaber z ograniczonym budżetem i
    niedokończonym snem w czasach, kiedy Liban znajdował się wciąż pod władzą Francji. W latach 60’
    właściciel browaru – Francois Michel Jaber – przybył w interesach do Amsterdamu, gdzie w zamian
    za 10% udział browaru Amstel, przekazał właścicielowi techniczny nadzór nad procesem produkcji.
    Od tej pory browar Almaza rósł w siłę. W latach 80’ dla kraju nadeszły ciężkie czasy, również browar
    zmuszony był do zmiany lokalizacji, którą stały się Włochy, gdzie przez półtora roku warzono piwo.
    Do Libanu powróciło ono silniejsze i bezkonkurencyjne. Ciężka i burzliwa historia samego kraju odbiła
    się na browarze. Począwszy od produkcji 1000 butelek na godzinę w 1933 r. do 24000 w obecnych
    czasach.

    Dziś browar Almaza zasłużył sobie na tytuł libańskiego piwowaru numer 1 i ciągle niesie swój
    oryginalny smak całemu światu trafiając głównie do libańskich restauracji w Kanadzie, USA, Anglii,
    Francji, Australii, krajów Bliskiego Wschodu oraz sklepów Europy i Afryki.

    Arabska nazwa piwa oznacza „diament” widniejący również w logo marki. Firma produkuje piwa typu
    pilzner i Pure Malt (6% alko.) oraz piwo bezalkoholowe Laziza dostępne w kilku wersjach smakowych,
    idealne do orzeźwienia w upalne majowe dni.

    Almaza nie ma konkurencji jeżeli chodzi o rodzime browary. Obawiać może się Hainekena, który
    obecnie jest właścicielem marki. Średnia cena butelki Almazy 0,33l to 3zł, wersja 0,5l 4zł. Konsumpcja
    w lokalu to już wydatek średnio rzędu 15zł. Laziza jest nieco tańsza, za butelkę 0,33l zapłacimy
    niecałe 2zł. Piwo jest powszechnie dostępne, również w małych sklepikach, dzięki znacznemu
    odsetkowi chrześcijan w, wydawałoby się, muzułmańskim kraju. Z dostępnością trunku nie wiąże się
    bezpośrednio wysoki poziom spożycia. Nie spotkamy na ulicach relaksujących się panów z butelką
    w ręce. W ciągu dnia bezkonkurencyjnie króluje mocna, arabska kawa. Popołudniami i wieczorami
    w niewielkich knajpach można spostrzec grupki starszych panów sączących piwo, grających w karty
    i spoglądających za szklane szyby lokalu. W takie miejsca kobiety nie mają wstępu. A kobieta pijąca?
    Widok nader rzadko spotykany. Inna religia, inna kultura, również picia alkoholu.



    Fakty:

  • 4% alkoholu. Na butelce brak informacji o ekstrakcie.
  • Jak można przeczytać wyżej - koszt takiej butelki to równowartość 3 złotych.
  • Zielone buteleczki o pojemności 0.33 litra.

    Z zewnątrz:

    Almaza jest rozlewana w małe, zielone buteleczki o pojemności 0.33 litra. Odważne posunięcie z racji panujących w Libanie słonecznych i gorących warunków (średnie temperatury w styczniu to 13 stopni). Na przedniej etykiecie znajdziemy rok założenia browaru i diament (stąd nazwa dzisiejszego posta). Z tyłu etykieta jest dwujęzyczna - po angielsku i arabsku. Na tym w zasadzie informacje się kończą. W rogu są jeszcze jakieś hieroglify, może ze składem, ale nie dane jest mi to zrozumieć :)

    Od środka:

    Browarek ani po samym otwarciu, ani po przelaniu do szklanki nie wydziela niestety żadnego zapachu. Może jest to związane z dość mozolną podróżą, jaką ta buteleczka musiała przejść, żeby wpaść w moje ręce. Niezrażony tym faktem, wziąłem pierwszy mały łyczek - nie ma posmaku chmielu, nie czuć słodu, takie trochę wodniste. Ale ma w sobie coś dziwnego - kawałek poniżej gardła powstaje tajemnicze uczucie lodowatości. Troszkę jak delikatne pieczenie, trochę jakby połykało się kostkę lodu (pomimo, że samo piwko nie było bardzo zmrożone). Nie spotkałem się z tym nigdy wcześniej i strasznie mnie to ujęło. Możliwe, że Almaza jest najbardziej orzeźwiającym piwem jakie w życiu piłem.
    To zimno jest obecne pomimo tego, że zaserwowałem Almazę w wyższej niż zalecana temperaturze.

    Podsumowanie:

    Generalnie w smaku, zapachu i wyglądzie - Almaza nie różni się niczym od polskich piw z małych browarów. Na szczęście daleko jej do piw korporacyjnych. Ma jednak coś unikatowego - wewnętrzny diamentowy lód, taką piwną duszę, której innym piwom brakuje.

    Moniu - ślicznie dziękuję za to, że miałem okazję spróbować czegoś innego!

  • środa, 1 czerwca 2011

    Amstel

    Po krótkiej przerwie, związanej głównie z budową domu i pisaniem pracy magisterskiej wracam do Was nie tylko z nowym piwerkiem, ale również z mocnym postanowieniem - jeden wpis tygodniowo. Mam nadzieję, że czas mi na to pozwoli, bo ilość niespróbowanych jeszcze piwek jest tak duża, że zapewni mi robotę na co najmniej kilkanaście lat. Tym bardziej, że ostatnio moi Przyjaciele przywożą mi piwka ze swoich zagranicznych wojaży (bardzo, bardzo ślicznie za nie wszystkie dziękuję!!n!). Dzisiaj naszym bohaterem będzie holenderski Amstel.

    Każdą osobę, która przywozi mi piwerko z zagranicy, proszę o krótki wpis na temat tego, jak wygląda piwna sytuacja w kraju, który odwiedzili. Po ile jest standardowe piwko? Jak z kulturą picia? Jakie są szlagierowe produkty? itp...
    Na kilka zdań o piwnej Holandii skusiła się Karolina (serdecznie zapraszam na jej bloga!):

    Jeśli chodzi o piwa, to z Holandią w pierwszej kolejności kojarzy się oczywiście Heineken. Ale, będąc na miejscu, da się zauważyć, że równie często spotykaną marką jest właśnie Amstel. Oba browary wywodzą się z Amsterdamu, przy czym Heineken (1864) jest kilka lat starszy od Amstela (1870).
    Amstel powstał jako przeciwwaga dla masowo produkowanego i spożywanego w owym czasie w Holandii 'sharrebier', szybko warzonego (1 dzień, sic!) ale, które teoretycznie było lekkim piwem górnej fermentacji, ale praktycznie - niczym więcej jak słabiutkim trunkiem o śladowej zawartości słodu, który służył wyłącznie do picia, a nie do smakowania. Założyciele browaru, panowie De Pesters i Van Marwijk Kooy, byli ludźmi bywałymi: wizyty w Niemczech oraz próbowanie tamtejszych piw bawarskich utwierdziły ich w przekonaniu, że mogą zaoferować swoim rodakom coś, co naprawdę będzie można zwać piwem. Jak postanowili, tak też uczylini i w ten sposób nad brzegiem Amstel powstał browar, a piwo w nim warzone w krótkim czasie zyskało uznanie nie tylko w Niderlandach, ale i poza granicami kraju.
    Z wód Amstel na szczęście nie czerpano wody do warzenia piwa. Rzeka służyła browarowi w inny sposób: zimą z jej bocznych kanałów wyrąbywano bloki lodu do chłodzenia zapasów. Od niej, oczywiście, wzięła się także nazwa.
    W 1968 r. browar Amstela został przejęty przez Heinekena, więc obecnie obie marki są produkowane i dystrybuowane przez tę samą firmę. Chociaż obecnie wśród tysięcy innych, często lepszych i bardziej wyrazistych pilsnerów Amstel specjalnie nie imponuje, to jednak wciąż da się odróżnić od jeszcze bardziej nijakiego Heinekena." [ale to już moja prywatna opinia :) ]

    Piwo w knajpie kosztuje co najmniej 2 euro za 0,2l. Najczęściej spotkamy tu objętości 0,2l i 0,33l, przy czym to drugie nazywane jest już "dużym piwem". W sklepie za puszkę 0,5l zapłacimy poniżej 1 euro, ale to już zależy, Amstel chyba coś koło ~0.70, a Heineken w granicach 0.90-1.00 euro, ale z kolei moje ulubione piwa są tak po 1,10 - 1,50, ale przeważnie są to trunki belgijskie.

    Po tak obszernym opisie, nie pozostaje mi nic innego jak tylko przejść do oceny samego piwka.


    Fakty:

  • Piwo produkowane przez browar Amstel, wykupiony już jednak przez Heinekena
  • 5% alkoholu
  • Cena - około 0,70 ojro

    Z zewnątrz:

    Puszka jest pomalowana w ładne biało-czerwono-złote barwy. Wszystko się ze sobą ładnie komponuje. Strasznie chciałbym, żeby otwarcie puszki nie było w losowym miejscu, tylko nad głównym logiem piwa, ale to chyba zbyt podniosłoby koszty (ot takie moje małe widzimisię :) ). Nie znajdziemy tu dużo informacji - skład (woda, chmiel, słód), numer na infolinię, datę ważności, złoty medal z Amsterdamu z 1883 roku - wszystko korporacyjne i standardowe... Miłym akcentem jest podanie temperatury, w której piwko będzie idealne do spożycia (6C-8C). Nic więcej do dodania, bo nic więcej na tej puszce nie znajdziemy...

    Od środka:

    Zaraz po otwarciu - z puszki wydobył się dziwny zapach, nie przypominający w ogóle zapachu piwa. Po przelaniu do kufelka, zapach znika. Pojawia się natomiast ładna biała piana. Po chwili znika, ale jej resztki zostają z nami do ostatniego łyka.
    W smaku słabiak - wodniste, bez charakteru, goryczki, ale nie wykręca. Trochę przypomina piwa lane w krakowskich knajpach. Do samotnego, wieczornego delektowania się piwnym smakiem się według mnie nie nadaje...

    Podsumowanie:

    W Amstelu czuć i widać korporacyjną rękę. Jest zdecydowanie bardziej nastawiony na masową produkcję, która zadowoli gusta większości, niż dla tych, którzy szukają w piwie czegoś wyjątkowego. Jestem pewien, że smak Amstela nie zapadnie mi w pamięci, ale będzie się przewijał przez inne piwa produkowane masowo. Ode mnie - 4 kufelki i do spania :)


    P.S. Olbrzymie podziękowania dla Karolinki za opis i przede wszystkim za prezent, który mogłem dzisiaj opisać!!!

  • poniedziałek, 9 maja 2011

    Балтика 3 (Baltika 3)

    Tak jak obiecywałem przy okazji opisywania Baltiki 7, dzisiaj napiszę kilka słów o petersburskim browarze.

    Jego konstrukcja rozpoczęła się w 1978 roku i trwała aż 12 lat. W 1990 roku, browar opuściło pierwsze 27 tysięcy litrów piwa. Nie istniała wtedy jeszcze, dzisiejsza nazwa Baltika. Została ona nadana w 1992, zaraz po rozpoczęciu procesu prywatyzacyjnego. Nowy zarząd browaru postawił sobie za cel, aby ich piwa odpowiadały jakością najlepszym europejskim trunkom i były wyrabiane tylko przy użyciu klasycznych, tradycyjnych metod. Stąd wziął się pomysł, aby zrestrukturyzować całe procesy produkcyjne i marketingowe. W wyniku przemian, Baltika stała się pierwszym rosyjskim browarem, używającym najnowocześniejszych europejskich technologii warzenia złotego trunku.
    W 1998 roku, akcjonariusze postanowili przemianować browar na Baltika Breweries. Od kwietnia 2008 roku, browar jest częścią grupy Carlsberg, który posiada 89.01% akcji.

    Dzisiaj Baltika Breweries, osiągając prawie 40% rynku piwnego, jest największym producentem piwa w Rosji. Firma posiada 11 browarów w Rosji i 1 w Azerbejdżanie, co pozwala jej na produkcję 30 różnych gatunków piwa w ilości 5.2 miliona hektolitrów rocznie. Co ciekawe, piwa z tego browaru są dostępne w 98% wszystkich punktów sprzedaży w kraju. Myślę, że ta ostatnia informacja doskonale pokazuje o jak wielkim browarze mówimy...


    Fakty:

  • Piwo z browaru Baltika w Petersburgu
  • 4.8% alkoholu, 12% ekstraktu

    Nie wiem czy pamiętacie, jak pisałem, że Baltika 7 była pierwszym rosyjskim piwem dostępnym w puszce? Przy okazji dzisiejszego bohatera, też mam dla Was garść 'nowości'. Otóż, w maju 2006 "trójka" była pierwszym rosyjskim piwem produkowanym w litrowych, plastikowych butelkach. Opakowania były powiększoną wersją zwykłych półlitrówek. Ale to nie koniec - w 2007 rozlewano je również do litrowych puszek, a w kwietniu 2008 roku, z okazji udziału Rosji w Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej, Baltika 3 była dostępna w półtoralitrowych PET-ach.
    Obecnie, to piwko jest najbardziej popularnym browarkiem w Rosji. Stąd pewnie zyskało sobie przydomek "Classic".

    Z zewnątrz:

    Baltika 3 jest rozlewana do standardowych, brązowych butelek, takich jak większość naszych rodzimych produktów. Wyróżniająca jest szyjka butelki, szczelnie opatulona aluminiowym etui z logiem browaru. Niespecjalnie za czymś takim przepadam, bo często zdarza mi się, że po otwarciu, cały koniec butelki jest utaplany klejem (szczególnie przy piwach słowackich), tutaj natomiast na szczęście nic takiego się nie stało.
    Etykieta z tyłu, z góry do dołu jest zapisana maluteńkimi szlaczkami. Obcokrajowiec, nie znający cyrylicy, nie wyciągnie stąd praktycznie żadnych informacji. Szkoda.

    Od środka:

    Po otwarciu butelki, praktycznie nie było czuć żadnego zapachu. Nie zmieniło się to znacznie po przelaniu zawartości do kufla. Złocisty, pełny kolor był bardzo ładnie zwieńczony śnieżnobiałą, centymetrową pianką, która utrzymała się przez około 10 minut. Smak całkiem niezły, chociaż nie pozostaje w ustach na długo. Czuć wyraźną goryczkę, która po każdym łyku osiada na wargach. Jest to na pewno coś, co odróżnia to piwko od opisywanej przeze mnie wcześniej, Baltiki 7. Miło się pije, mocno orzeźwia i gasi pragnienie. Czuć podobieństwo do bardzo smacznej 900, ale to jednak nie to samo.

    Podsumowanie:

    Zgodnie z tym co pisałem przy okazji ostatniego piwka z petersburskiego browaru - Baltika 7 nie zapada w pamięć. Szkoda, że to właśnie ona, a nie dzisiejsza "trójeczka" jest głównym produktem eksportowym rosyjskiego browaru. Myślę, że gdyby Baltika 3 była szeroko dostępna w polskich sklepach i nie miałaby zbyt wygórowanej ceny - miałaby szanse pojawić się na niejednym weekendowym grillu ze znajomymi. Ode mnie - 7 kufelków.

  • wtorek, 26 kwietnia 2011

    "Tylko beksa pije Beck's-a" ?

    Po tytule posta nietrudno zgadnąć, kto będzie dzisiaj moim bohaterem. Z podróży na Ukrainę ostał mi się jeden Beck's. Niestety dopiero w Polsce zobaczyłem, że to piwko niemieckie. Szkoda, bo na pewno jest u nas bardziej dostępne, niż np. moje ukochane 'biele', a jednak przez granicę musiałem je przenieść. Ale nie ma co narzekać - trza coś napisać!

    Co Wam się kojarzy z niemieckim piwem? Dla mnie jest to bezapelacyjnie Oktoberfest, więc może o nim słów kilka...

    Oktoberfest to jak sama nazwa wskazuje Święto Październikowe. I faktycznie na początku odbywał się w 10 miesiącu roku. Z czasem jednak, z niezrozumiałych dla mnie względów pogodowych (przecież piwko jest dobre na każdą pogodę!) zostało przeniesione na przełom września i października. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego festyn, na którym co roku sprzedaje się około 5 milionów litrów piwa(!) nie odbywa się, w którymś z cieplejszych miesiąców, kiedy ochota na browarek jest większa. Wynika to z Bawarskiego Prawa Czystości, które zezwalało na warzenie piwa od 29 września do 23 kwietnia. Nie chcąc zaczynać sezonu browarniczego z zapchanymi magazynami - początkowo Niemcy, a potem cały świat upijał się browarkami z zeszłego sezonu (ciekawe jak było z ich przydatnością do spożycia?).

    Pierwszy Oktoberfest datuje się na 1810 rok, jednak sprzedaż złotego trunku rozpoczęto dopiero 70 lat później. Wedle początkowych tradycji, na festynie są sprzedawane tylko piwa, warzone według wspomnianego Prawa Czystości.

    Z ciekawostek:
  • Browarki na Oktoberfeście sprzedawane są w tradycyjnych litrowych kuflach tzw. Maß
  • Tradycyjnie, pierwszą beczkę odszpuntowuje (wbija kranik) burmistrz Monachium. W 2005, 2008 i 2009 roku, burmistrzowi Christianowi Ude wystarczyły tylko 2 uderzenia - musiało go suszyć :)
  • Pierwszy kufel otrzymuje premier Bawarii
  • Litrowy kufel piwa to wydatek minimum 8 euro. Dekadę temu jego cena była o blisko 2 ojro niższa
  • Od 2004 roku, ze względu na bardzo dużą liczbę odwiedzających, festyn boryka się z problemami z toaletami. Doszło do tego, że aby zmniejszyć kolejki, mężczyźni byli kierowani przez policję do pisuarów. Innym pomysłem było otoczenie toalet klatkami, które uniemożliwiałyby rozmowy przez telefon komórkowy (pomysł zarzucono ze względu na nielegalność tego typu działań i wysoki koszt klatek)

    Może przejdźmy do samego piwka...


    Fakty:

  • 11% ekstraktu, 4.8% mocy
  • Produkowane w Brauerei Beck & Co (Brema - Niemcy)
  • Pierwsze niemieckie piwo, zamykane w zielone butelki
  • Tworzone według Bawarskiego Prawa Czystości

    Z zewnątrz:

    Jak już wyżej wspomniałem - Beck's jest zamykany w normalną, zieloną butelkę. Na ładnym srebrnym kapslu znajdziemy nazwę piwka i logo browaru, które pojawia się również na każdej z etykiet oraz na rzucającym się pozytywnie w oczy sreberku na szyjce butelki. Logiem jest klucz, będący nieco futurystycznym, lustrzanym odbiciem herbu niemieckiego miasta Brema, skąd Beck's pochodzi.
    Na przedniej etykiecie jest jeszcze jedna śmiesznostka - 2 srebrne medale, namalowane na srebrnym tle w taki sposób, że aby je odczytać, trzeba się namanewrować butelką pod światło. Wyróżnienia zostały przyznane w 1874 roku w Bremie i w 1876 roku w Filadelfii. Najprawdopodobniej od tamtego czasu - piwko nie zdobyło żadnego znaczącego tytułu (w sumie się nie dziwię...).

    Od środka:

    Zaraz po otwarciu, z butelki uniósł się miły, charakterystyczny dla "Czystych" piw chmielowy zapach, jednak po przelaniu do kufla zniknął całkowicie. Podobnie piana - z początku przyjemna, biała, dość gęsta, już po minucie była niezauważalna. Gaz? To samo - po chwili uciekł. Kolor w najlepszym wypadku przypomina rozcieńczane, lane piwo w jednej z krakowskich knajp. Trochę się tym wszystkim czuję oszukany. Bo niby jednak piję piwo, ale z piwem to ma niewiele wspólnego. Może chociaż smak będzie dobry?
    Niestety - tutaj też klapa. Pomimo przyjemnego chłodu, rozchodzącego się po ustach i początkowo miłej, delikatnej goryczki, już po kilku łykach Beck's staje się wodnisty, obojętny, kompletnie nie zapadający w pamięć.

    Podsumowanie:

    Dla mnie Beck's jest piwem o dwóch twarzach. Pierwszy łyk był naprawdę dobry, bardzo obiecujący. Aż sobie pomyślałem, że trafiłem na kolejne 7, 8 kufelków. Ale po chwili browarek mocno spikował w dół, kończąc na wyjątkowo średnim poziomie. Szkoda - spodziewałem się po nim zdecydowanie więcej. Ode mnie 3 kufelki.

  • poniedziałek, 25 kwietnia 2011

    Dobre bo Ustrońskie!

    W życiu każdego piwosza przychodzą chwile, kiedy znudzony jednolitym, „płaskim” smakiem piw z dużych browarów, decyduje się sięgnąć po jakiś browarek z „górnej półki”. Zazwyczaj wybór pada na jedno z piw zagranicznych i tu zaczyna się problem. Otóż kiedy robimy zakupy w super, czy hipermarkecie, to zazwyczaj wybieramy szlagierowy, eksportowy produkt, jednej z większych korporacji danego kraju, bo innych w tym sklepie po prostu nie ma. Najłatwiej w ten sposób o zawód, bo zazwyczaj okaże się, że to piwo niewiele różni się od naszych rodzimych odpowiedników. Może na przekór temu wszystkiemu „browar”, w którym produkuje się naszego dzisiejszego bohatera nazywa się Górna Półka Club. Zastanawiacie się pewnie, gdzie to się znajduje? Niech odpowiedzią będzie nazwa piwa – Ustrońskie.


    Fakty:

  • 12.1% ekstraktu, 5.1% alkoholu
  • wyprodukowane na specjalne zamówienie Górnej Półki w Ustroniu
  • niepasteryzowane
  • cena – dość wysoka, bo porównywalna z piwkami w krakowskich lokalach

    Ustrońskie postaram się opisać z perspektywy około półtora miesiąca temu, kiedy nie byłem jeszcze gościem Górnej Półki, a butelkę ichniejszego piwa dostałem od mojego Przyjaciela z Ustronia. Opowiedział mi on również całą historię powstania tego trunku, łącznie z tym, że zarówno to, jak i wszystkie inne piwa sprzedawane w lokalu są wytwarzane według oryginalnej receptury, wymyślonej przez właściciela Górnej Półki – Pana Marka. Jak tylko to usłyszałem – natychmiast zaświeciły mi się oczy. Może to jest ten smak? Inny niż wszystkie? Zobaczymy…

    Z zewnątrz:

    „W malowniczej dolinie, u podnóża Równicy i Czantorii, leży Ustroń – spokojne uzdrowisko z tradycjami kurortu austro-węgierskiego. Jego mieszkańcy szczególnie upodobali sobie dobry smak – a Piwo Ustrońskie jest tej pasji najlepszym potwierdzeniem.”


    Na szczególną uwagę zasługuje sposób zapakowanie butelki. Otóż, kiedy Pan Marek usłyszał od mojego Przyjaciela, że piwko ma być prezentem dla piwosza, zapakował je w specjalny firmowy papier i dołączył do niego ulotkę z reklamą lokalu. Co tu dużo mówić – genialne! Już przed otwarciem browarka poczułem się wyjątkowy.

    Butelka Ustrońskiego jest bardzo prosta, smukła w kształcie, zwieńczona złotym kapslem bez żadnych nadruków. Z jednej strony wygląda to faktycznie na prosty zestaw, ale z drugiej podkreśla „domowość” tego produktu, bo jeśli kiedyś miałbym sam warzyć piwo, to myślę, że właśnie w takie butelki bym je zamykał. Etykieta z przodu mówi o tym, co najważniejsze – nazwa, producent i to, że piwko jest niepasteryzowane. Za to duży plus. Ciekawym dodatkiem jest umieszczenie obecnego roku na przedniej etykiecie. Zastanawiam się, czy wynika to z tego, że Ustrońskie zaczęto produkować w 2011, czy etykieta zmienia swój wygląd co rok. Z tyłu przeczytamy, że piwko zostało wyprodukowane w ostrawskim browarze na wyłączne zlecenie Górnej Półki. Na etykiecie zaskakują dwie rzeczy, to że butelka jest zwrotna (chociaż nie wiem czy można ją oddawać tylko w lokalu), oraz ręcznie (tak mi się wydaje) wpisana data przydatności do spożycia.


    Od środka:
    Zaraz po otwarciu Ustrońskiego, dość duża ilość gazu zaczęła się unosić do góry, ale nic nie ulało się z butelki (która nota bene była wypełniona prawie pod sam kapsel). Szybko przelałem piwko do kufla i muszę przyznać, że wyglądało to imponująco. Piękny bursztynowy kolor, biała gęsta piana, która utrzymywała się przez dobrą chwilę. Jej resztki były widoczne aż do ostatniego łyku. Z butelki zapach był prawie niewyczuwalny, ale po przelaniu do kufla stał się bardzo chmielowy. O unoszących się bąbelkach, nasyceniu koloru i nucie zapachowej mógłbym jeszcze dużo pisać, ale zanim się nad tym dobrze zastanowiłem wziąłem pierwszy łyk. Smak Ustrońskiego to coś, co ciężko opisać słowami. Jest pyszny, wyborny, znakomity. Wyraźna goryczka idealnie współgra z orzeźwiającym charakterem piwa. Po każdym łyku w ustach zostaje przyjemne uczucie. Jedyne do czego można by się przyczepić to odrobinę metaliczny posmak, obecny zarówno w piwie butelkowym, jak i lanym. Nie wiem skąd coś takiego, ale mam nadzieję, że któryś z bardziej zaawansowanych piwoszy, po przeczytaniu tego wpisu odpowie mi na to pytanie.

    Podsumowanie:

    Wydaje mi się, że najlepszą recenzją Ustrońskiego może być to, że zaraz po otwarciu zostało mi tylko pół kufla piwka. Każdy z mojej rodzinki chciał spróbować chociaż łyk nowego wynalazku. Może i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie ich opinie. Mama stwierdziła, że jest „bardzo delikatne”, tata, że ma „pełny, piwny smak”, brat, że czuć „wyraźną goryczkę”. Niby skrajne opinie, ale może takie właśnie jest Ustrońskie – każdy znajdzie w nim coś pozytywnego dla siebie. Ja najbardziej przychylam się do opinii brata – przyjemnie gorzkie.

    Według mnie Ustrońskie to prawdziwy „must-have” dla każdego, kto lubi smak piwa. Jeżeli kiedykolwiek będziecie przejeżdżać przez Ustroń, zajrzyjcie do Górnej Półki i na własnym języku przekonacie się o czym piszę.
    Z czystym sumieniem mogę wystawić Ustrońskiemu najwyższą notę i moją bezcenną :) rekomendację!


  • wtorek, 12 kwietnia 2011

    Kolejne zmiany :)

    Dzięki doświadczeniu blogujących przyjaciół, odkryłem mechanizm stron :) A co za tym idzie - oddaję w Wasze łapki:
    1) Spis wypitych treści - alfabetyczny spis wszystkich opisanych tutaj piwek, dla łatwiejszej nawigacji i wyszukiwania
    2) Ranking piwek - posegregowane po ilości przyznanych kufelków, opisane piweczka.

    W związku z powyższym w zapomnienie idzie dział wyzwań i TOP-lista :)

    Browarkowych snów!

    Obolon Premium

    Doszedłem dzisiaj do wniosku, że w sumie to mógłbym się przenieść na Ukrainę. Przynajmniej jeśli chodzi o aspekt piwny. Ichniejsze piwa w porównaniu do naszych smakują. Każde z tych co do tej pory spróbowałem odróżniało się nieznacznie od innych i większość była naprawdę niezła.

    Dzisiaj na spróbowanie - Obolon Premium!

    (Niestety, ale etykieta butelki kiepsko przetrwała podróż przez granicę...)

    Fakty:

  • Piwo z browaru Obolon we Lwowie
  • 5% alkoholu, 12% ekstraktu
  • Sugerowana cena detaliczna w Polsce - 4.39 zł
  • W składzie znajdziemy m.in. ryż i wodę artezyjską, wydobywaną z jurajskiego poziomu

    Zanim przejdę do opisu samego piwka - kilka słów o browarze, bo jeszcze nie miałem okazji o nim wspomnieć.

    Browar Obolon powstał w 1974 roku z myślą o letnich Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie, które odbywały się 6 lat później (to właśnie te IO, które zasłynęły z gestu Kozakiewicza). Miejsce na budynek wybierała specjalnie dobrana grupa z Czech, a głównym czynnikiem na który zwrócili uwagę był szeroki dostęp do krystalicznie czystej, źródlanej wody. Nazwa Obolon została nadana w 1986 roku po jednej z dzielnic Kijowa.
    Po tym, jak Ukraina uzyskała niepodległość w 1991 roku, Obolon stał się pierwszą ukraińską korporacją, eksportującą napoje do Europy i Stanów Zjednoczonych. Wkrótce potem ich nazwa stała się rozpoznawalna na całym świecie jako nazwa tradycyjnego, ukraińskiego piwa.

    Z zewnątrz:

    Zielona butelka NRW(bezzwrotna z logiem producenta) ze złotą etykietą prezentuje się ładnie. Całość zamknięta tradycyjnym Obolońskim kapslem (który niekoniecznie wpasowuje się w gamę kolorystyczną butelki, ale trudno oczekiwać, żeby specjalnie tworzyli inne kapsle). Na tylnej etykiecie straszny chaos. Potwornie dużo literek, cyferek, napisanych tak małą czcionką, że trzeba się namęczyć, żeby je przeczytać. Niestety, nawet liczne medale wyrysowane po obu stronach butelki są nieczytelne.
    Brakuje najważniejszej informacji - daty przydatności do spożycia. Na etykiecie znajdziemy tylko datę produkcji...

    Od środka:

    Pierwszy łyk piwa okazuje się być kwaskowaty. Zacząłem żałować, że nie znalazłem daty ważności, ale nie poddałem się :), co jak później się okazało było dobrą decyzją, bo szukając informacji o tym piwku dowiedziałem się, że wiele ludzi ma podobne odczucia. Kwaśny smak mija już po kilku łykach i zostaje zastąpiony przez wyraźną goryczkę, której tak bardzo mi brakuje w większości polskich produktów. Gorzkawy smak pozostaje nawet do ostatniego, dość wygazowanego łyku.

    Z zapachu bardzo delikatne. Niby pachnie trochę chmielem, ale dla mnie to za mało. Za to mile zaskoczyła mnie piana. Spodziewałem się, że podobnie jak na innych ukraińskich piwerkach szybko opadnie. Ona jednak została ze mną aż do 1/3 kufla. Podobnie sprawa ma się z gazem. Zauważyłem, że w wielu ukraińskich browarkach występuje przesyt CO2. Objawia się to tym, że zaraz po otwarciu piwko syczy jak Pepsi. Identycznie zachowuje się również po przelaniu do szklanki, czyli bardzo się pieni, a po chwili jest już spokojne jak miasteczko studenckie po juwenaliowej nocy. W Obolonie Premium gaz utrzymuje się aż do końca piwka, chociaż z czasem jest go naturalnie coraz mniej.

    Podsumowanie:

    Obolon Premium mile mnie zaskoczył. Po pierwszym łyku, który do najlepszych nie należał całkowicie zmienił swój charakter. Do tej pory nie wiedziałem, że jest możliwe, żeby początek piwa smakował inaczej niż jego koniec (może poza piwem rezanym, o którym napiszę w jednej z wakacyjnych notek). Generalnie na minus zasługuje tylko początkowy kwasek, nieczytelna etykieta i cukier w składzie. Siedem kufelków.


    P.S. Serdecznie polecam króciutki artykuł o realiach, panujących na co dzień na Ukrainie. Znajdziedzie go tutaj. Pomimo, że jest z 2004 roku - uwierzcie mi, że niewiele się zmieniło :)
  • niedziela, 10 kwietnia 2011

    Magnus z browaru Jagiełło

    W ramach odpoczynku od piwerek ukraińskich (których mam jeszcze całą szafkę) postanowiłem postawić na coś polskiego i zakupiłem sobie Magnusa z browaru Jagiełło. Pijąc to piwko ma się świadomość Polskości tego wyrobu. Dlaczego?
    Browar Jagiełło jest jednym z nielicznych minibrowarów na terenie naszego kraju. Ostatnio w GW pojawił się artykuł, opisujący właśnie takie miejsca. Okazuje się, że w Polsce funkcjonuje około 10 minibrowarów, podczas gdy w Niemczego jest ich kilkaset i piwa z nich pochodzące to 20% sprzedaży całości złotego trunku za naszą zachodnią granicą. U nas musimy się na razie zadowolić browarem Amber, Kormoran, Jagiełło, czy chociażby CK Browar w Krakowie (o którym będzie innym razem). Pocieszającą wiadomością jest to, że badania wykazują, że Polacy coraz częściej mają dość piw, których fermentacja jest w sposób sztuczny przyspieszana i coraz częściej sięgają po produkty mniejszych browarów, licząc się z tym, że takie piwka niestety muszą być nieco droższe. W efekcie już w przyszłym roku mają w Polsce powstać kolejne 3 minibrowary (między innymi w Szymbarku), a to na pewno jest krok w dobrą stronę!

    Wróćmy do naszego dzisiejszego bohatera. Przygotowując się do tego postu miałem już ułożone w głowie kilka analogii i tytułów. Wszystko z racji tego, że Magnus występuje w tzw. "bączkach", czyli pękatych 330ml-owych buteleczkach. Biorąc pod uwagę niedawne zakończenie kariery przez naszego Adasia, który raczej do postawnych mężów nie należał, nasuwały mi się jednoznaczne analogie. Postanowiłem jednak z nich zrezygnować już po pierwszym łyku Magnusa. Okazuje się, że w smaku jest bardzo, ale to bardzo podobny do Ciechana Maciejowego, którego opisałem tutaj.

    Zacznijmy jednak od poczatku:

    Fakty:

  • Minibrowar Jagiełło spod Chełma
  • Występuje w "bączkach"
  • 6.0% alkoholu, 14.2% ekstraktu
  • Nagroda Piwo Roku 2008, przyznana przez Bractwo Piwne

    Sam browar został założony w 1993 roku na terenie dawnego PGR-u. Początkowo jego produkcja sięgała 6000 hektolitrów rocznie. Specjalizuje się w produkcji piwa, wykorzystując naturalne metody warzelnicze (co mi się baaardzo podoba!). Posiada certyfikat Ekogwarancja Polskiego Towarzystwa Rolnictwa Ekologicznego. Od samego początku kładł duży nacisk na rozwój technologiczny, mający na celu zwiększenie asortymentu sprzedawanych piw, wyjście poza regionalnych odbiorców, a przede wszystkim zwiększenie mocy produkcyjnej. W efekcie w 2006 roku jako jedyny browar w Polsce rozpoczął produkcję pierwszego w pełni ekologicznego piwa. W 2010 roku odnotował zwiększenie sprzedaży o całe 60%!

    Z zewnątrz:

    Wygląd butelki to chyba największy mankament Magnusa. Co prawda, wydaje mi się, że wynika to z tego, że większe nakłady finansowe kładzie się na rozwój i na ekologiczność piwa, ale nie sposób nie wspomnieć o braku jakiejkolwiek informacji o składzie pitego piwka. Na butelce znajdziemy tylko informacje o tym, że jest produkowane z pięciu różnych gatunków słodu i zawiera słód jęczmienny. Na stronie internetowej, która jest podana na etykiecie, również nie znajdziemy wiele więcej szczegółów. Dowiemy się tam natomiast o medalach i wyróżnieniach, jakie zostały zdobyte przez browar (na etykiecie znajdują się trzy medale, ale nawet z moim całkiem niezłym wzrokiem nie byłem w stanie ich rozczytać), ale już sama wikipedia dostarczy nam "świeższe" informacje.
    Jednolity czarny kapsel też raczej trzeba zaliczyć jako minus...

    Od środka:

    Od samego otwarcia kapsla piwo ma "ciemny zapach" z domieszką czegoś ziemno-korzennego (nie wiem jak inaczej to opisać :) ). Nawet nie przelewając go do kufla, jesteśmy pewni, że będzie słodko.
    Utwierdza się to przy każdym łyku - po ustach rozchodzi się bardzo słodki smak. Plusem jednak jest to, że ten smak nie męczy. Po połowie Ciechana Maciejowego miałem go dość, a tutaj z ochotą przystępuję do kolejnego łyku (chociaż fanem ciemnego piwa nie jestem). Piana, podobnie jak sam trunek jest ciemna, co wskazuje na faktyczną 'naturalność' tego piwa.

    Podsumowanie:

    Magnus z browaru Jagiełło jest bardzo podobny do Ciechana Maciejowego. Z rzeczy, które go odróżniają na plus to na pewno ciekawy zapach i bardzo interesujący, a wręcz intrygujący smak, warty polecenia szczególnie osobom, które preferują słodkość ciemnego piwa. W kategorii piw, których szukam, pisząc tego bloga wypada na 5 "kufelków", ale w kategorii piw, z których się cieszę, że je spróbowałem dostaje 8. W rezultacie - mocna 6!


    Ale jest jeszcze coś! Piszę tego bloga w jeszcze jednym celu, poza tym, żeby znaleźć ten "mój" smak. Chodzi mi o to, żeby moi Czytelnicy coraz chętniej wychodzili poza utarte ramy piw z dużych korporacji. Warto czasem spróbować czegoś, co nie ma sztucznie wtłaczanego dwutlenku węgla, pomimo tego, że kosztuje nieco więcej niż Żubr, czy Harnaś. Stąd, promując polskie minibrowary, do jakich zalicza się Jagiełło - Magnus dostaje moją rekomendację!