Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorzkie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gorzkie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 marca 2013

Artezan - Pacific Pale Ale

Dzisiaj na Jasnym Pełnym zagościł kolejny świeży reprezentant z browaru Artezan. Po opisanym już poprzednio Brown Porterze, przyszedł czas na jego bardziej egzotycznego brata - Pacific Pale Ale, mający się charakteryzować goryczką i zdecydowanym smakiem amerykańskich chmieli, oraz owocowością owoców z tropików. Czy tak rzeczywiście będzie? O tym już za chwilę.

Ale zanim przejdę do opisu samego piwa - ostatnio zostałem zapytany, czym różnią się między sobą poszczególne chmiele? Co sprawia, że jedno piwo jest bardziej goryczkowe, inne słodkawe, a jeszcze inne przyjmuje zapachy i smaki cytrusowe? Z racji tego, że jak się za chwilę okaże Pacific Pale Ale ma w sobie dość sporo, bo aż 4 różne odmiany chmielu, na chwilę zajmę się jednym z nich, a zarazem jednym z tych które podchodzą mi najbardziej - Cascadem.

Chmiel Cascade to chmiel amerykański, wyhodowany na Stanowym Uniwersytecie w Oregonie w 1956 roku w wyniku połączenia m.in angielskiego chmielu Fuggles i rosyjskiego Serebrianker. Do warzenia został dopuszczony w roku 1972. Już 3 lata później stanowił ponad 13% wszystkich amerykańskich upraw chmielu. Używa się go zarówno do chmielenia dla aromatu, smaku, jak i goryczki. Piwu daje aromaty cytrusowe, a w szczególności grejpfrutowe, ale również kwiatowe, czy "przyprawowe". W smaku, poza owocami tropikalnymi daje mocne uczucie goryczki. Jego największy minus to nieodporność na przechowywanie - po pół roku, potrafi stracić około połowy alfa-kwasów, co ma potem przełożenie na smak piwa. Da się go zastąpić przez chmiele Centennial, Amarillo i Columbus, ale o nich w kolejnym odcinku :)

Fakty:

  • 12.5% ekstraktu, 5% alkoholu
  • Gatunek: Pacific Pale Ale
  • Producent: Browar Artezan
  • Cena: 6.50zł (Strefa Piwa - Kraków, ul. Krowoderska 37)
  • Piwo niepasteryzowane i niefiltrowane

  • Z zewnątrz:

    Ostatnio ewidentnie mam szczęście do pojedynczych etykiet na piwach. Nawet nie ma co robić kilku zdjęć - ciach! jedno i jest gotowa butelka z zewnątrz. Artezan Pacific Pale Ale jest rozlewany do brązowych, bezzwrotnych butelek, zwieńczonych najzwyklejszym w świecie złotym kapslem. Etykieta wygląda jak pocztówka z Hawajów - aż człowiek na chwilę zapomni, że za oknem temperatura bliska zeru. W miejscu znaczka możecie zauważyć jeżyka - logo rzemieślników z Komorowa. Całość jest ładna i kolorowa (znacznie lepsza niż w opisywanym ostatnio Brown Porterze), ale nas najbardziej interesuje to co jest ze skrajnie prawej strony - skład. A ten jest pełny i wyczerpujący: słody pale ale, pilzneński i karmelowy, chmiele: Amarillo, Cascade, Chinook i Pacific Jade, oraz drożdże. Ledwie czytelna data ważności każe się spieszyć - piwo jest niepasteryzowane i niefiltrowane, a co za tym idzie podatne na szybkie spsucie.


    Od środka:

    No to lecimy! Samo otwarcie butelki nie przyniosło w zasadzie żadnych niespodziewanych efektów. Piwo się nie zgazowało, syk był dość niewyraźny. Z szyjki ulotnił się delikatny zapach mango. Po przelaniu do kufla, dało się przez chwilę zaobserwować troszkę zabrudzoną (w sensie, że nie idealnie białą, a nie z jakimiś plamami) pianę, przykrywającą mętne, ciemnozłote "serce" piwa. W zapachu bardzo dobrze czuć amerykańskie chmiele, przykrywające owocowość - grejpfruty, mandarynki, a po zamieszaniu delikatnego ananasa. Pierwsze łyki są mocno goryczkowe i spójne z aromatem. Tu również dominuje chmiel i grejpfrut z orzeźwiającym, ale stosunkowo krótkotrwałym posmakiem goryczy.


    Podsumowanie:

    Bardzo mocno czekałem na Pacific Pale Ale'a od Artezana - słyszałem, że premiera w Strefie była fantastycznym wydarzeniem i że ludzie wyjątkowo chwalili sobie bohatera tamtego wieczoru. Stąd moje wysokie oczekiwania w stosunku do tego piwa. Dla mnie jest ono wspaniale orzeźwiające i przyjemne. Lubię amerykańską goryczkę, a tutaj każdy łyk mi jej dostarcza. Może jest jej nieco za mało, ale to raczej moja subiektywna opinia. Aromat mógłby być nieco bardziej zdecydowany i bogatszy - spodziewałem się, że mnogość różnych odmian chmielu da rzeszę różnych zapachów i posmaków. Tutaj całość niejako przykryta jest cytrusową goryczką. Nie wpływa to jednak na ogólny odbiór tego "Jeżyka" - Pacific Pale Ale jest fajnie sesyjny i z bólem serca przychodzi moment, kiedy trzeba napełnić szklankę po raz ostatni. Daję 8 kufelków z głębokim przekonaniem, że jeżeli Artezan utrzyma to piwo w swojej ofercie, może się ono stać hitem nadchodzącego (wiem, że dopiero marzec) lata.







    niedziela, 20 stycznia 2013

    angielskie śniadanie - ESB od Pinty

    Pierwszy raz z Angielskim Śniadaniem miałem styczność podczas eventu o nazwie Piwny Blog Day w Poznaniu, gdy rozpoczęła się już mniej oficjalna część w pubie Setka. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to za piwo, ale niedługo po wejściu do knajpy zaczął uderzać mnie po nosie zapach świetnie przyprawionego jajka sadzonego z bekonem. Pachniało naprawdę smakowicie, a jakoś chwilę potem ktoś rzucił, że Śniadanie jest już na kranie. Szybko pospieszyłem po swoją porcję i wtedy zrozumiałem, że to właśnie ten Pintowy trunek jest sprawcą całego zamieszania.
    To pierwszy ESB (Extra Special Bitter) na Jasnym Pełnym, więc może żeby dodać wartość edukacyjną do postu, opiszę nieco gatunek. Żeby w pełni zrozumieć czym jest ESB, trzeba się cofnąć o 2 kroki.

    Bitter to nic innego jak angielska nazwa na ichniejszego pale ale, czyli standardowe, brytyjskie piwo górnej fermentacji. Alkoholowo jest stosunkowo słaby (3.2 - 3.8%), przy poziomie goryczki 25-35 IBU.

    Special Bitter to nieco mocniejszy wariant bittera, zarówno w alkoholu, jak i goryczce. Wartości brzegowe to 3.8 - 4.6% woltów i 25-40 IBU. Nazywany jest również Best Bitterem, bądź Premium Bitterem.

    Najmocniejszy z Bitterów to bezsprzecznie Extra Special Bitter. Ma 4.6 - 6.2% alkoholu i poziom goryczki sięgający nawet 50 IBU. Zazwyczaj mocno wyczuwalne są tu aromaty chmielowe. Można użyć większości odmian, chociaż najbardziej popularne są te brytyjskie. Znaczącą rolę odgrywa też zapach słodowy. Powinniśmy być w stanie odnaleźć tu również nuty karmelowe i owocowe, czasem siarkowe i alkoholowe. Smak powinien być spójny z aromatem, chociaż czasem odnajdziemy tu posmaki ziemiste, orzechowe, albo biszkoptowe. Generalnie, najistotniejsza w ESB jest ich pijalność - powinniśmy być w stanie z przyjemnością wypić więcej niż jedną butelkę. A czy tak jest w rzeczywistości? To się zaraz okaże :)


    Fakty:

  • 5.3% alkoholu, 14% ekstraktu
  • Gatunek: Extra Special Bitter
  • Browar: "Piwo warzone i rozlewane przez Pintę w Browarze na Jurze (Zawiercie)"
  • Cena: Nie pamiętam, ale pewnie około 6 złotych

  • Z zewnątrz:

    Nazwa "angielskie śniadanie" nie wiedzieć czemu jest w całości napisana małymi literami. Już przy "stare ALE jare" zastanawiałem się skąd takie wariacje na temat rozmiarów liter. Teraz moja ciekawość jest jeszcze większa. Na butelce jest przyklejona tylko jedna etykieta, stanowiąc równocześnie etykietę główną i kontretykietę. Nazwa przesłania Big Bena, pod którym widnieje "order" Piwa Rzemieślniczego. Informacyjna część naklejki jest, jak zwykle w przypadku piw Pinty, naładowana ciekawostkami. Najważniejsze z nich to skład - słód Muntons Whole Blend Maris Otter, oraz słody pale ale, Caramunich i Carared. Chmiel to brytyjski East Kent Golding, drożdże Safale S-04. Brakuje mi tylko informacji o optymalnej temperaturze serwowania. Na pomoc na szczęście przychodzi BeerAdvocate, mówiąc że jest to 7-10C. Na koniec odrobina prywaty - strasznie boli mnie w etykietach Pinty to, że nie jestem w stanie ich odkleić. Od pewnego czasu stałem się birofilem, zbierającym wszystkie papierki z butelek, więc jeśli ktoś z Was ma sprawdzony sposób jak w małoinwazyjny sposób zdjąć etykietę z Pint - proszę o pomoc :)


    Od środka:

    Marian
    Monia
    To co od razu rzuca się w oczy po przelaniu piwa do szklanki, to przepiękny, klarowny, miedziany kolor przykryty beżowo-kremową pianą. Cała zawartość wygląda tak, że człowiek najchętniej od razu rzuciłby się, żeby schrupać to Śniadanko. W zapachu dominuje żywiczność. Aromaty są niesamowite! Gdzieś z tyłu próbuje przebijać się aromat słodowy i jakieś owocki, chociaż nie podjąłbym się wymienienia ich z nazwy. Każdy łyk pozostawia na ścianach szklanki pianowe plamki, a w ustach dość intensywne uczucie goryczki. Nie jest ona przeszkadzająca, wręcz przeciwnie – przyjemnie kontrastuje ze słodkawym (ale nie słodowym) zapachem Śniadania. W smaku znajdziemy też głęboko schowane nuty kwiatowe i owocowe.
    Piękny, rubinowy kolor piwa jest nośnikiem cudownie kremowej, gęstej piany w kolorze wyrazistego beżu. Po zakręceniu kuflem ładnie się wzburza, ale całkiem szybko opada pozostawiając ażurową, bąbelkową powierzchnię. Zapach piwa jest bardzo mocny i „jakiś”, ale jaki? Na mój niefachowy nos piwosza to zew natury, flory, leciutko słodki, ale zdecydowanie nie dominująco. A smak! To jest właśnie piwo, które ma charakter. Wyrazista goryczka, ale połączona z aromatem mocniejszych trunków, czy to spirytus, czy wódka? A może po prostu doszukuję się najbardziej zbliżonych dla mnie smaków nie potrafiąc inaczej określić tego, co czuję podczas degustacji tego „śniadanka”? Pewnym jest, że piwo to jest mocne w smaku, gorzkie i… no właśnie, nie umiem określić „tego czegoś”, co określa jego charakter. Zdaję sobie sprawę, że Angielskie Śniadanie jest piwem o mocnym charakterze, wyjątkowym i mało spotykanym profilu, jednak to kompletnie nie moja półka smakowa.


    Podsumowanie:

    Marian
    Monia
    Nie znam genezy nazwy tego piwa. Nie wiem kto to wymyślił i nie wiem ile kufli musiałbym wypić, żeby wpaść na dwa słowa, które tak fantastycznie oddadzą to, co Angielskie Śniadanie kryje w sobie. Z jednej strony pożywność i apetyczność tego trunku jest taka, że aż ciężko to opisać – człowiek autentycznie czuje, jakby z każdym łykiem sięgał po kęs ulubionej jajecznicy na boczku. Z drugiej strony, piwo jest nieprzeciętnie pijalne i sesyjne. Nie miałbym najmniejszego problemu, spędzając przy kuflu Śniadania 2 godziny, jak przy solidnie zastawionym, weekendowym stole u rodziców, gdzie co chwila się wraca, żeby jeszcze czymś się „dopchać”. Wiem, że to wszystko brzmi mało prawdopodobnie, więc nie pozostaje mi nic innego, jak serdeczne zaproszenie Was do samodzielnej degustacji. Zdecydowanie warto! Sami przekonajcie się, jak wiele pysznej magii może kryć w sobie gatunek Extra Special Bitter. Dla mnie ocena jest banalnie prosta – 9 kufelków (tylko po to, żeby zostawić nieco rezerwy na Atak Chmielu) i bezcenna rekomendacja. Angielskie Śniadanie to zdecydowany must-try dla każdego, kto szuka wyjątkowych smaków w piwie.
    Czy wypiłabym takie piwo na śniadanie pod Big Benem? Zdecydowanie nie. Przed degustacyjne zachwyty Mariana wpłynęły na to, że przyjrzałam się temu piwu z bliższa, sprawdzając, czy i mi posmakuje równie bardzo. Ale ile osób, tyle smaków, upodobań, gustów. Nie przemawiają do mnie jego walory, co więcej, skłaniam się ku odpowiedzi „nie” na pytanie, czy mi smakuje. Wypicie więcej niż kilku łyków nie sprawia mi przyjemności, stąd jedynie 3 kufelki. Wybacz Marianku.





    środa, 12 grudnia 2012

    Pinta - Stare ALE jare!

    Podczas ostatniego pobytu w Warszawie, przy okazji Akademii Pilsner Urquell, miałem okazję zawitać do świetnej knajpki - Po Drugiej Stronie Lustra (o której już niedługo będziecie mieli okazję u mnie przeczytać). Tam z polecenia przesympatycznej barmanki, pierwszy raz spróbowałem Altbiera z Pinty, czyli piwa "stare ALE jare". Nie wiem czemu, ale bardzo długo zajęło mi zanim przekonałem się do dania mu szansy - gdzieś podświadomie czułem, że będzie nudne i płaskie. Czy tak faktycznie było? A może moje obawy okazały się bezpodstawne? O tym wszystkim przeczytacie w poniższych paragrafach. Zanim jednak o samym piwie, to chciałem skrobnąć kilka słów o gatunku, w jakim zostało ono uwarzone. Zdaje mi się, że Altbiery nie są bardzo popularne na naszym rynku, pomimo że pochodzą ze stosunkowego "bliska", bo zza naszej zachodniej granicy, a konkretniej z Dusseldorfu.

    Prawo czystości piwa z 1516 roku zabraniało warzenia złotego trunku w Bawarii latem, ale dzięki temu że w Nadrenii klimat był nieco chłodniejszy, tamtejsi piwowarowie mogli eksperymentować przez cały rok. Tak właśnie narodził się Altbier - miedziano-brązowy ale górnej fermentacji, wyróżniający się delikatnością, balansem między słodem, a chmielem i wyraźnymi owocowymi nutami. Typowy Alt ma między 4 a 7% alkoholu, dobrze czuje się podany do kuchni niemieckiej i mięs z grilla w temperaturze 7 do 10 stopni.

    Jeśli chodzi o drugą część nazwy, to "Sticke" jest odpowiednikiem sekretu i wzięło się z czasów, gdy za skład piwa często odpowiadało nieco losowości i tego, co się akurat piwowarowi zmieszało. Powstawały nieco różniące się od Altbierów wersje, których skład zostawał owiany nutką tajemniczości. Dzisiaj jednak, spora część browarów bez zająknięcia wyjawia składniki i receptury swoich produktów (do tej grupy należy również opisywana przeze mnie właśnie Pinta), toteż przyjęło się, że Sticke ma bardziej charakter marketingowy, oraz że oznacza nieco bardziej chmieloną i bogatą w smaku wersję Altbiera.


    Fakty:

  • 14 stopni Blg, 5.0% alkoholu
  • Gatunek: Altbier, Sticke
  • Browar: Pinta + Browar na Jurze
  • Pasteryzowane

  • Z zewnątrz:

    Butelka Altbiera z Pinty, podobnie jak inne etykiety z tego browaru, dostarcza całkiem sporo ciekawych informacji. Na początek przeczytamy tu pochodną tego, o czym było we wstępie - że raz w roku Altbiera warzy się w mocniejszej i odważniej chmielonej wersji, uzyskując Sticke. W składzie znajdziemy trzy słody - monachijski, pilzneński i Carared. Pewnie dla nikogo nie będzie zaskoczeniem obecność wyłącznie niemieckich chmieli w piwie - Spalt Select i Hersebrucker. Informację o drożdżach Wam daruję :). Całość etykiety utrzymana jest w "nowoczesnym" Pintowym charakterze. Na kremowym tle powiewa niemiecka flaga, rozwiewając wszelkie wątpliwości, który kraj jest "ojcem" Altbierów.


    Od środka:

    Mrrau - cudo! Po przelaniu do sniftera, piękne bursztynowo-herbaciane piwo, przykryło się całkiem pokaźną, ale jak dla mnie nieco zbyt krótkotrwałą, brunatnawą pianą. Mieszanina drobnoziarnistych i nieco większych bąbelków, radośnie strzela pokazując płyn o prześlicznej barwie. W zapachu dominują owoce - maliny, czerwone porzeczki i chyba przede wszystkim orzechy. Im dłużej piwko stoi, tym bardziej słodowe akcenty zaczyna przybierać. Każdy łyk ma nieco palony i gorzkawy posmak, wymieszany z owocową delikatnością. Nagazowanie piwa jest średnie, ale raczej idące w stronę większego. Generalnie - całość strasznie pijalna i patrząc jak resztki piany osiadają na ścianach kufelka, to trochę szkoda że piwo tak szybko znika z butelki.


    Podsumowanie:

    Pamiętam, że gdy pierwszy raz sięgałem po szklankę Starego ALE jarego w PSDL, to byłem nieco sceptyczny. Nie kojarzyło mi się ono z goryczką, a raczej z pełnością smaku. Nie wiem skąd takie utrwalenie - może kolorystyka etykiety? W rzeczywistości już po pierwszym łyku wiedziałem, że to piwo z Pinty musi znaleźć się na Jasnym Pełnym. Za każdym razem kiedy piję Stare ALE jare, jest to bardzo przyjemne pół godziny mojego życia. Człowiek chwilę posiedzi, pozastanawia się nad tym wszystkim co za oknem. Generalnie przy takim trunku idzie zrozumieć pojęcie sesyjności. Serdecznie Wam polecam i zapraszam do degustacji. Pozostaje ocena - zasłużone 9 kufelków i rekomendacja, której już baaardzo dawno nie było :)


    wtorek, 22 maja 2012

    Harghita - i o zbawiennych skutkach kaca słów kilka!


    Dzisiaj początek będzie nietypowy, bo nie o konkretnie samym piwie, ale o tym jakie konsekwencje niesie picia piwa - zamotane co? Już śpieszę z wyjaśnieniami - według artykułu, na który się ostatnio natknąłem - bycie na kacu podnosi naszą umiejętność kreatywnego myślenia!

    Badania zostały przeprowadzone na prostym zadaniu - należało za pomocą przełożenia jednej zapałki, sprawić aby poniższe równanie było prawdziwe:
    IV = III + III

    Nie podam Wam poprawnej odpowiedzi, ale uwierzcie mi - nie jest ona trudna i 92% ludzi bez większych problemów ją rozwiązuje. Co więcej - 90% ludzi z uszkodzeniami mózgu, którzy mają problem ze skupianiem uwagi, również sobie z nią radzi.

    Weźmy teraz na tapetę drugą zagadkę:
    III = III + III

    Z tym, pozornie podobnym zadaniem radzi sobie już tylko 43% ludzi. Z drugiej grupy osób poddanych ćwiczeniu wynik spadł tylko o 8 punktów procentowych!

    Niestety, ale mówiąc skąd się bierze tak drastyczna różnica dla ludzi bez uszkodzeń mózgu, musiałbym również dać Wam bardzo mocną wskazówkę, jak powyższe równanie rozwiązać. Pozwólcie więc, że zamiast tego przejdę do drugiej części badań. Naukowcy z Albion College przepytali 428 osób, kiedy ich produktywność jest największa. Jak łatwo się spodziewać, większość z nich odpowiedziała, że rano. Następnie naukowcy zadali im niestandardowe pytania, wymagające kreatywności. Druga grupa pytań miała charakter analityczny, taki jak równania matematyczne o standardowym, liniowym sposobie rozwiązywania. Połowa ludzi została przetestowana rano, a druga połowa wieczorem. Na każde z zadań uczestnicy mieli 4 minuty czasu.

    Okazało się, że o ile czas testu nie wpłynął na wyniki problemów algebro-podobnych, o tyle dla problemów, wymagających kreatywności dużo lepsze wyniki osiągnęła grupa, odpowiadająca w godzinach późniejszych.

    Czas na ostatnie badania, tematyką najbardziej odpowiadające Jasnemu Pełnemu - naukowcy z Illinois przeprowadzili podobny test na kreatywne zagadki, między grupą studentów trzeźwych i tych po spożyciu alkoholu. Okazało się, że grupa "po" rozwiązała więcej zagadek w krótszym czasie! Co więcej - mniej spodziewane rozwiązania były znajdywane w ponad 30% więcej przypadków!

    Jaki z tego wszystkiego wniosek? W zasadzie są 2:
    1. Bycie zmęczonym, niewyspanym, lub na kacu podnosi umiejętność kreatywnego myślenia (a przynajmniej tak mówią naukowcy)
    2. Gdy następnym razem Wasz szef wyniucha wieczorną imprezę - zaproście go na Jasne Pełne - może dzięki temu Wam odpuści!


    Fakty:

    • 4.5% alkoholu, 10.3% ekstraktu
    • Rodzaj: pale lager
    • Producent: Heineken România

    Z zewnątrz:

    Opisując butelkę Harghity nie sposób nie zacząć od kapselka. Niby prosty, bo jest tu tylko nazwa piwa, ale każda literka, jest "podszywana" złotą czcionką, dając fantastyczne refleksy w świetle słońca. Z jednej strony prostota, ale z drugiej kapsel jest przemyślany i kunsztowny. Brązowa, standardowa butelka ma tylko dwie etykiety - krawatkę i główną. Na tej pierwszej znajdziemy coś na kształt logo - zamek Mikó, znajdujący się w mieście Miercurea-Ciuc. W tej samej miejscowości znajduje się browar produkujący Harghitę. Z rzeczy, które mogą się jeszcze rzucić w oczy to kukurydza w składzie. A poza tym to norma. Cała etykieta (jak widać na poniższym zdjęciu) utrzymana jest w czerwieni, zieleni i jasnym brązie. Całkiem przyjemnie to wszystko się komponuje.

    Od środka:

    Piwo przy otwieraniu nie wydało żadnego dźwięku i jak się później okazało, jedyna piana jaka się na nim pojawiła przypominała bardziej taką na lemoniadzie - bardzo pienista, sycząca, ale błyskawicznie opadająca. Piwko, które pozostało w szklance nie ma kompletnie żadnego gazu, ani żadnych bąbelków - może wynika to z odległości jaką musiało przebyć, żeby wpaść w moje łapki? W zapachu bardzo mocno zaakcentowany chmiel, ale po odstaniu zmienia się w słodowość. Dadzą się wyczuć delikatne nuty bananowe i kwiatowe. W smaku bez zaskoczenia - dużo chmielu, dające orzeźwiającą, nawet-średnio-intensywną (jak dla mnie) goryczkę. Tu też znajdziemy nieco bananów (chociaż dopiero po tym jak z ust zniknie nam smak goryczki). Finisz Harghity staje się nieco bardziej intensywny - zarówno pod kątem goryczki, jak i owocowości - całkiem przyjemnie te dwa smaki ze sobą współgrają.

    Podsumowanie:

    Łatwe podsumowania do napisania to takie, jeżeli opisuje się piwo, które czymś się wyróżnia - nieważne, czy to pozytywnym, czy negatywnym. Wtedy po prostu jest się czego uczepić i dzięki temu zwiększyć prawdopodobieństwo zapamiętania tego piwa po wsze czasy. Idąc powyższym tropem - Harghita nie jest piwem, w którym łatwo się pisze podsumowanie, bo nie ma tu nic, czego człowiek by nie pamiętał z innych piw. Głównie to ten gorzki aromat i brak gazu popchnąłby mnie, żeby sięgnąć po Harghitę po raz kolejny (i nie myślcie sobie, że nie lubię piw z obfitą pianą - te wprost uwielbiam, ale chciałbym po prostu stwierdzić, czy brak czapy na tym piwku to wynik długiej drogi, czy jednak producent o tym zapomniał. Reasumując - piwko jest niezłe, a dodając do tego kapselek, który będzie chyba jednym z ładniejszych w mojej kolekcji - zasługuje na 6 kufelków!




    Jareczku - po fantastycznych piwach ze Stanów i Meksyku, tym razem dostałem od Ciebie prezent z Rumunii - bardzo Ci za to dziękuję!!


    niedziela, 12 lutego 2012

    Pilsner Urquell

    W XIV wieku król Wacław II nadał mieszkańcom Pilzna prawo do warzenia i sprzedaży piwa. Aż 260 gospodarstw miało wtedy ten przywilej. Standardy kontroli jakości, oraz duża liczba osób, trudniących się produkcją piwa, spowodowały że jego standardy były bardzo niskie. Piwa były mętne, ciemne, z cząstkami osadu. Pito je z ciężkich, ceramicznych kufli, tak aby ukryć te niedoskonałości. Pięć wieków później - w 1838 roku - mieszkańcy Pilzna powiedzieli dość i zorganizowali rewolucję. W centrum miasta wylali do rynsztoku 36 beczek tego kiepskiego piwa. Zatrudnili też wybitnego piwowara, Josefa Grolla, który już na zawsze miał odmienić nie tylko pilzneńskie, ale również światowego piwo! Już 4 lata po tamtych wydarzeniach - 5 października 1842 roku - mieszkańcy Pilzna znowu zebrali się na rynku swojego miasta. Tym razem jednak mieli możliwość zakosztować czegoś kompletnie nowego - pierwszego jasnego lagera, produkowanego metodą dolnej fermentacji na świecie!
    O skali miłości, z jaką Czesi upodobali sobie Pilsnera może świadczyć fakt, że w 1835 roku w samej tylko Pradze było aż 35 pubów, które nie sprzedawały innego piwa. 35 lat później Pilsner Urquell ze swoją dzisiejszą nazwą dotarł do Ameryki, błyskawicznie zdobywając serca "kowbojów". W 1913 roku, browar w Pilźnie przekroczył milion hektolitrów produkcji tegoż trunku! Potem było raz gorzej (szczególnie w czasach wojny), raz lepiej, ale finalnie - Pilsner Urquell od 2000 roku jest dostępny w 50 krajach na całym świecie, zdobywając to co raz nowych "wyznawców".


    Fakty:

  • Pierwszy pilsner świata!
  • 4.4% woltażu, 11.8% ekstraktu
  • Cena z okolic 3 złotych, podwoiła się w 2011 roku, kiedy zaprzestano produkcji Pilsnera w Polsce

    Z zewnątrz:

    Butelka Pilsnera Urquella z zewnątrz prezentuje się bardzo bogato. I nie mówię tu tylko o aluminiowej, złocistej krawatce, nadającej butelce szlachetności. Mówię o wielu drobnych niuansach, które dopiero po głębszej analizie nabierają znaczenia:

  • Na krawatce znajdziemy bardzo szczegółowy i zróżnicowany prawie-herb miasta Pilzna. Dlaczego prawie? W rzeczywistości tarcza z czterema symbolami jest trzymana przez anioła. Na butelce została narysowana jedynie tarcza. Legenda mówi, że anioła znajdziemy w piwie. Pijak jeden :) Wszystkich zainteresowanych poszczególnymi symbolami, odsyłam na stronę producenta.
  • Czerwona pieczęć na głównej etykiecie ma uwierzytelniać i zapewniać, że zarówno smak, jak i receptura są niezmienne od 1842r. i stanowią pilnie strzeżoną tajemnicę browaru.
  • Z tyłu butelki znajdziemy wytłoczoną bramę miasta. Ma ona symbolizować zaufanie, jakim browar został obdarzony przez mieszkańców Pilzna.
  • Czcionka ma podkreślać europejskie pochodzenie, a samo podkreślenie nazwy piwa odzwierciedla silny charakter Pilsnera.


  • Całość naprawdę się ładnie komponuje. Widać, że nic na tej butelce nie jest dziełem przypadku, ale zostało dokładnie przez kogoś obmyślone. Bardzo duży + za to!




    Od środka:

    Ach! Już samo otwarcie Pilsnera jest dla mnie czymś niesamowitym... Świadomość tego co mnie czeka za chwilę, tej goryczki, mmm... Ale do rzeczy Marianku! Po kolei!
    Nieco szokujące dla mnie wydały się dwa zaobserwowane fakty. Po pierwsze - piwerko ma bardzo słaby, ledwo wyczuwalny zapach. Wydawało mi się, że jak było jeszcze produkowane w Polsce(*), sprawa miała się nieco inaczej. Po drugie - po przelaniu do mojej turbo-szklanki, okazało się że nie ma w ogóle piany... Co prawda niedawno zostało mi wypomniane, że piana w piwie nie jest czymś naturalnym(**) i nie powinienem się tak bardzo nad nią rozwodzić, ale jednak mi jej tu brakuje. Jak wyżej - wydawało mi się, że kiedyś była nieco inna. ALE! odłóżmy na bok te wszystkie szczegóły (wiem, wiem - sam się nie poznaję!) i zanurzmy się w smaku Pilsnera Urquella.
    A o nim mógłbym napisać książkę (no - może małe opowiadanko), bo bogactwo smaku tego piwa powoduje u mnie tak dużą ilość różnych myśli i skojarzeń, że całkiem niezły scenariusz by z tego mógł wyjść. To co jest najbardziej rozpoznawalne w Pilsnerze, to jego bardzo intensywna goryczka. Spokojnie, przy każdym łyku osiada w ustach i na wargach. Nawet po chwili, goryczka jest nadal wyczuwalna. Dla mnie jest wręcz idealna. To jest ta goryczka, do której porównuję każde inne piwo i takiej zawsze szukam, przy każdym kolejnym pilsnerze, czy lagerze.

    Podsumowanie:

    Pilsner Urquell jest pierwszym na świecie piwem gatunku pilzner. I to on stworzył pewien trend jasnego, gorzkiego piwa, za którym podążają następcy. Wydaje mi się, że już to jest odpowiednim powodem, dla którego każdy piwosz powinien chociaż raz w życiu tego browarka zakosztować (tym bardziej, że jest łatwo dostępny w Polsce). Gorąco Was do tego zachęcam, wystawiając mu 10 kufelków razem z rekomendacją!




  • (*) W latach 2002−2011, ze względów ekonomicznych oraz produkcyjnych, dostępny na polskim rynku Pilsner Urquell był warzony i rozlewany na licencji przez Tyskie Browary Książęce (Kompania Piwowarska). Od kwietnia 2011, wraz z ukończeniem rozbudowy macierzystego browaru, piwo ponownie jest importowane bezpośrednio z Pilzna.
    Więcej o tym smutnym fakcie można przeczytać tutaj.

    (**) Już niedługo będę miał okazję sam zapytać o to, czym tak naprawdę jest piwna piana - 25 lutego idę na swój pierwszy piwny kurs!