niedziela, 16 września 2012

Noteckie - Jasne Niskopasteryzowane i Eire Ciemne

Dzisiaj rano na mojej skrzynce pocztowej dostałem dwie ciekawe wiadomości. Otóż Asia z Bartkiem postanowili umilić mi dzień, przesyłając dwie ready-to-publish recenzje piw - Noteckiego Jasnego Niskopasteryzowanego i Noteckiego Eire Ciemnego. Nie pozostaje mi nic innego jak im bardzo za to podziękować, a Was zaprosić do lektury! No to lecimy!


NOTECKIE JASNE NISKOPASTERYZOWANE
Puszcza Notecka to nie tylko niezwykła przyroda, ale również mały, lokalny Browar Czarnków, gdzie już od 1893 roku w tradycyjny sposób i przy użyciu naturalnych składników warzy się piwo. Spośród bogatej oferty wybraliśmy do degustacji jedno z nich – Noteckie Jasne Niskopasteryzowane. Oto nasze spostrzeżenia…


Fakty

  • 5,6% alkoholu, 12,1 ekstraktu
  • Rodzaj: Piwo jasne
  • Producent: Browar Czarnków
  • Piwo niskopasteryzowane

  • Z zewnątrz:

    Z daleka piwo nie zachęca. Gotycka czcionka na 5 kolorowej etykiecie, brak krawatki i „dziurkowana” data przydatności przywodzą na myśl czasy głębokiego PRL’u. Natomiast niska i pękata butelka czynią piwo poręcznym do picia.

    Od środka:

    Piwo nalane do szklanki wytworzyło dużo delikatnej piany, która na dłużej przykryła złocisty trunek. Do degustacji zachęcał wydobywający się subtelny aromat chmielu. Delikatne gazowanie oraz lekko wyczuwalna goryczka podkreślają orzeźwiający i świeży smak piwa, zaprzeczając poniekąd jego niemałej mocy.

    Podsumowanie:

    Wygląd zewnętrzny trunku ma się nijak do jego zawartości. Smutna i depresyjna butelka skrywa wewnątrz pełne radości orzeźwiające piwo, które idealnie nadaje się na letnie dni.


    NOTECKIE EIRE CIEMNE
    Dziś znów udaliśmy się w odmęty Puszczy Noteckiej, tym razem po ciemny odpowiednik Noteckiego.


    Fakty:

  • 5,6% alkoholu, 14,1% ekstraktu
  • Rodzaj: ciemny lager
  • Producent: Browar Czarnków
  • Piwo Eire ciemne

  • Z zewnątrz:

    Podobnie jak Noteckie jasne niskopasteryzowane, Eire ciemne lane jest do pękatych 330 ml butelek z brązowego szkła. Etykieta również utrzymana jest w podobnej konwencji.

    Od środka:

    Piwo po otwarciu nie wydało charakterystycznego „syknięcia”. I rzeczywiście po nalaniu do szklanki wytworzyło znikomą ilość bardzo nietrwałej piany. Trunek wyróżnia się ciekawą, wiśniowo- brunatną barwą, natomiast z drugiej strony wyglądem przypomina napoje typu cola. Słaby aromat oraz zbyt lekka goryczka i słodowy smak czynią to piwo mało wyrazistym. Brak w nim obiecanej kawy, owoców i czekolady, a jedynie karmelowy posmak.

    Podsumowanie:

    W odróżnieniu od Noteckiego jasnego niskopasteryzowanego nieciekawe opakowanie nie skrywa dobrego i interesującego piwa. Ciemny lager okazał się jedynie nudnym, karmelowym trunkiem.


    Asiu, Bartku - dzięki za zawitanie na Jasnym Pełnym! Liczę na więcej Waszych epizodów z poznańskich degustacji :)

    czwartek, 13 września 2012

    Kolejne zmiany...

    Po okresie wakacyjnym przyszedł czas na kolejne zmiany w Jasnym Pełnym.

    Pierwsza z nich jest niestety przykra - na jakiś czas rozstajemy się z blogerką Monią. Zalatanie i tempo dnia codziennego nie pozwala jej na ciągle udzielanie się przy kolejnych degustacjach... Z wielką nadzieją liczę na to, że nie jest to pożegnanie, tylko "dozobaczenia-nie" i że jak tylko Monia złapie nieco oddechu, wróci do nas ze świeżością i swoim kwaskowatym smakiem :)

    Druga wiadomość jest niejako powiązana. W miejsce "Rankingu Moni" pojawi się zakładka "Eventy". Zaczynam pomału wychodzić poza "domową" degustację kolejnych piwek i chciałbym, żeby ta ścieżka również znalazła swoje udokumentowanie. Już niedługo przeczytacie tam o moich walkach z uwarzeniem swojego własnego, pierwszego piwa, o fantastycznych degustacjach w krakowskiej Strefie Piwa, o premierach nowych piw itd. Tam również będę umieszczał odnośniki od gości Jasnego Pełnego, dzielnie współtworzących jego treść, wśród których Monia zajmie zaszczytne i honorowe miejsce.


    NA ZDROWIE!

    środa, 12 września 2012

    Książęce Czerwony Lager

    Siedzę sobie ostatnio w domu na homeworkingu, kiedy mój spokój przerywa dźwięk domofonu. "Kurier" mówi głos w słuchawce. Spoko - pewnie znowu brat coś zamówił. Otwieram drzwi. "Pan Mariusz?" - w tym momencie zapala mi się czerwona lampka. Zaraz zaraz, przecież ja nic nie zamawiałem - czy to aby nie jakieś Reader's Digest, że jak otworzę paczkę, to już kupiłem wyjątkowo mi potrzebny blender z możliwością krojenia pomidorów na idealne krążki? W ostatniej chwili na paczce zauważyłem znaczek "Uwaga szkło!". "Blendery chyba szklane nie są", pomyślałem odbierając spory karton od kuriera. Po zdjęciu wierzchniego opakowania, moje oczka się bardzo uradowały:

    No nic - otwieram dalej. Po otwarciu pudełka było już tylko piękniej. Na szarych trocinach pięknie prezentowały się trzy idealnie ułożone piwka. No dobra - złapaliście mnie. Czerwony Lager z tego zdjęcia zwiał mi do lodówki, a jego poruszeni tym faktem koledzy zaczęli się wiercić, więc ich idealne ułożenie prysło. Ale kontekst jest zachowany :)


    Ale tak jakby... O jaaa! Tu jest przecież drugie dno!


    A tam! Prześliczne trzy kufle! Do każdego piwka inny. Do tego "wafelki". I w ogóle... Ach! Poczułem się wyjątkowo :)


    I w takim błogim nastroju zasiadłem do opisywania Książęcego Czerwonego Lagera!




    To pierwszy raz, kiedy na Jasnym Pełnym pojawia się piwo z gatunku red lager.

    Ciekawa dygresja - podczas krótkiego rekonesansu w internecie na temat tego gatunku, znalazłem informację, że inną nazwą na czerwonego lagera jest American Amber. Po kolejnym wyszukiwaniu na temat tego drugiego, znalazłem, że inną nazwą na American Amber jest Red Ale. Z zasady matematycznej przechodniości - Red Lager = Red Ale?! Jakim cudem, skoro oba piwa należą do TOTALNIE dwóch różnych światów fermentacyjnych? Jak ktoś mi wyjaśni tą zależność - ma u mnie browara :)

    Wracając do tematu - pomimo tego, że takie piwo gości tu pierwszy raz, powstrzymam się od pokusy przedstawienia Wam charakterystyki tego gatunku. Postanowiłem wykorzystać materiały, które dostałem razem z tym piwkiem i nieco przybliżyć Wam to, co o samym Czerwonym Lagerze sądzi Książęcy Browar w Tychach. Tym bardziej, że podają nam takie informacje (szczególnie chodzi mi o drugą część nadchodzącego tekstu), które zazwyczaj jest dość ciężko wyszukać przy degustacji piwka. Otóż, według nich: Czerwony Lager to piwo o esencjonalnym i wyrazistym smaku z bogatym chmielowym bukietem. Wyróżnia się bursztynowym kolorem, który zawdzięcza specjalnemu procesowi produkcji z wykorzystaniem słodów jęczmiennych - pilzneńskiego i karmelowego. Bogaty chmielowy bukiet i delikatny słodowy posmak sprawiają, że jest to trunek zarówno dla początkujących jak i wytrawnych miłośników piwa.

    Dla mnie to trochę marketingowy bełkot. Znajdziemy tu wszystkiego po trochu, na szczęście oprócz "tradycyjnej receptury". Dużo ciekawsza i bardziej pouczająca wydaje mi się druga część!

  • Rytual serwowania: Czerwony Lager smakuje najlepiej schłodzony do 2-5 C (czy aby odrobinę nie za zimno?). Podaje się go w wysokiej lagerowej szklance na nóżce. Należy nalać 2/3 piwa do szklanki przechylonej o 45 stopni, wyprostować ją i dolać resztę, uzyskując aksamitną białą pianę.
  • Podkreśla smak: doskonały do kuchni polskiej, czeskiej, mięs, grillowanych potraw oraz przekąsek (wędliny, sery).

  • Potem następuje już tylko zawartość alkoholu i ekstraktu. Każdy z Was z tego opisu zapewne wyciągnie coś innego. Dla mnie najważniejsze jest to, do jakich potraw powinienem parować to piwko. Jestem dopiero w powijakach, jeśli chodzi o odpowiedni dobór trunku do jedzenia, więc takie tipsy przyjmuje ze szczerą radością. Jeśli chodzi o resztę opisu, to poniżej możecie doczytać o moich odczuciach w stosunku do Czerwonego Lagera.

    Fakty:

  • 4.9% alkoholu, 11.6% ekstraktu
  • Cena: 3.25 zł
  • Browar: Tyskie Browary Książęce
  • Gatunek: czerwony lager

    Z zewnątrz:

    Muszę to powiedzieć - opisanie butelki Czerwonego Lagera to, podobnie jak w przypadku innych butelek z Kolekcji Specjalności, wielka przyjemność. Aż chce się mówić o czymś, gdzie gołym okiem widać, że nic nie jest przypadkowe. Ktoś musiał spędzić niejeden kreatywny wieczór, żeby na stosunkowo niewielkich etykietach zmieścić tyle przydatnych informacji. Ale po kolei - kształt butelki bardzo podobny do tego, do którego przyzwyczaiło nas Tyskie Klasyczne. Gdybym miał jego butelkę pod ręką, to mógłbym to powiedzieć z większą pewnością, ale wydaje mi się że oba opakowania są identyczne. Butelka jest smukła z tłoczeniami korony na szyjce i napisem "Tyskie browary książęce A.D. 1629" na dole. Wszystkie etykiety są wykonane z papieru, który w dotyku sprawia wrażenie szorstkiego. Na głównej etykiecie o bursztynowym kolorze znajdziemy w zasadzie tylko nazwę piwa, przykrytą szyszkami chmielu. Z samego centrum spogląda na nas Jan Henryk XV Hochberg książę von Pless - twórca potęgi tyskiego browaru. Krawatka niewiele się różni od głównej etykiety. Nieco bardziej wyeksponowana jest nazwa serii (Kolekcja specjalności). Znajdziemy tam również informacje o zawartości alkoholu i ekstraktu, oraz skład. A w tym między innymi słód pilzneński, karmelowy, ekstrakt ze słodu palonego, oraz dwa rodzaje chmielu - goryczkowy i aromatyczny. Tylna etykieta jest tym co mnie w tym piwie najbardziej urzekło (jeszcze przed otwarciem). Znajdziemy tu trochę marketingowych bzdur o tym jak szlachetny jest charakter piwa i jak ma idealnie zbalansowany smak, ale znajdziemy też coś czego niestety ze świecą szukać na innych butelkach - informację o tym w jakiej temperaturze najlepiej serwować Czerwonego Lagera i z jakim jedzeniem najlepiej jest go parować (drób, mięsa z grilla, wędliny i przekąski). Co więcej - na niewielkiej grafice możemy obejrzeć kufel, który najlepiej wydobędzie wszystkie nuty zapachowe tego piwa (identyczny kufel zobaczycie również na poniższych zdjęciach). Bardzo ładnie i fajnie to wszystko wygląda! Cieszy fakt, że ktoś dołożył starań, żeby nieco doedukować nas przy degustacji stosunkowo mało popularnego gatunku piwa w Polsce. Bardzo duży PLUS!



    Od środka:

    Czerwony Lager przy otwarciu zachował niemal idealną ciszę. Żadnego syku, zwiastującego duże nagazowanie piwka. Po przelaniu do kufla, co prawda pojawia się na chwilę delikatnie brunatnawa piana, ale równie szybo zanika, wydając przy tym spory "hałas". Pozostawia nas z lekkim kożuszkiem, przykrywającym miedziano-brązowy trunek. Zapach łączy ze sobą gorzkawą, chmielową nutę razem z czymś słodkim, co przypomina mi mamine wypieki. Może trochę w tym wanilii, trochę cynamonu. Pierwszy łyk prawie powalił mnie na kolana - z początku ledwo wyczuwalna goryczka z każdą sekundą przybiera na sile, coraz bardziej przypominając piwa, które jeszcze jako mały piwoszek miałem okazję próbować. Świetnie balansuje się z chmielem i słabo-wyczuwalnym słodem. Bardzo ciężko mi znaleźć wspomniane w składzie "ciepłe karmelowe nuty". Nie ma tu nic słodkiego na tyle, bym nazwał to karmelem, chyba że miałaby to być jakaś gorzka odmiana :)



    Podsumowanie:

    Każdy łyk Czerwonego Lagera przynosi przyjemne orzeźwienie, zmieszane z goryczką (niestety po kilku pierwszych łykach nie jest już ona tak intensywna). Każdy łyk zdaje się krzyczeć "weź następny!". Faktycznie tak jest! Nowe piwo z Książęcego bardzo miło się pije i nie pozostaje mi nic innego jak wyrazić dwie, nieco sprzeczne opinie. Pierwsza na minus - szkoda, że smak z samego początku butelki nie przechodzi dalej. Gdyby tak się stało - Czerwony Lager zasłużyłby pewnie na wyższą ocenę. Z kolei na plus tego piwa powinno się uznać sam fakt istnienia takiego browarka. Zdaje się, że Kompania Piwowarska zauważyła jadący pociąg na trasie Polska -> Piwna Rewolucja i chcę jak najszybciej do tego pociągu wsiąść. Pytanie tylko czy ten pociąg nie jedzie już czasem za szybko? Według mnie nie. Jeżeli KP nadal będzie warzyć piwa z troską o ten segment piwoszy, którzy chcą poznawać nowe smaki i którym znudził się już zwykły, płaski i wodnisty lager, to jest szansa, że pociąg zwolni na tyle, żeby zabrać ze sobą kolejnego gracza. Życzę powodzenia, dając może minimalnie naciągane 7 kufelków! A Wy - dajcie szansę Czerwonemu Lagerowi, bo warto. I nie zapomnijcie podzielić się ze mną swoją opinią :)





  • wtorek, 17 lipca 2012

    La Chouffe i Pinta a'la Grodziskie - spontaniczna relacja z Omerty


    Dziś na blogu nietypowe recenzje dwóch zupełnie odmiennych piw. Pomysł narodził się całkowicie spontanicznie. Na wczorajszym spotkaniu z moją dobrą koleżanką z pracy (która niestety już nas opuściła, gdyż realizuje swoje marzenia) po jednym wypitym koncernowym piwku zaproponowała drugie w Omercie, czyli lokalu doskonale znanym wszystkim miłośnikom piwa w jego najrozmaitszych smakach. Moja praca zawodowa nie pozwalała mi uczestniczyć w kilkukrotnych wyjściach Mariana i naszych znajomych do tej knajpki, co przełożyło się na moją ciągłą absencję w Omercie, a jednocześnie bardzo pozytywne wrażenie spowodowane wczorajszym spotkaniem z Klaudią właśnie w tym ciekawym miejscu. Stanęłyśmy przy długim barze z równie wielkim brakiem pomysłu na wybór konkretnego lanego browarka. Zapytałam więc miłej barmanki co nam dziś poleci. Zapragnęłyśmy czegoś jasnego, ciekawego w smaku. Zaproponowała nam degustację Pinty a’la Grodziskie. To było odkrycie! Klaudia została przekonana, ja natomiast miałam ochotę na coś mocniejszego, stąd barmanka odesłała mnie do drugiego baru. Tam barman polecił mi belgijskiego La Chouffe. I tak zadowolone usiadłyśmy na sofie w lokalu bez dymu. Dziękuję Klaudek za przemiłe spotkanie przy tak interesujących piwach! Oto co udało nam się wycisnąć z wypitych piw.


    La Chouffe

    Fakty:

    - kraj: Belgia
    - niefiltrowane, jasne piwo, które podlega drugiej fermentacji w butelce (pierwsza ma miejsce oczywiście w beczce)
    - przyjemnie owocowe, przyprawione kolendrą o lekkim chmielowym smaku
    - 8% alc./vol.
    - oryginalny ekstrakt: 16 °Plato
    - temperatura serwowania: 4 do 10°C (w butelce)
    - cena: 13zł (Omerta)

    A skąd się wziął sam browar? Pod koniec lat 70-tych dwóch szwagrów zdecydowało, że będą ważyć piwo w swojej własnej wytwórni. Ich pierwotny kapitał wynosił niecałe 5 tys. EURO, zapoczątkował on to, co fani browaru nazywają „Chouffe story”. Początkowo ważenie piwa miało być tylko ich hobby, lecz browar rozrastał się na tyle, aby poświęcić się mu w całości. Od początku istnienia największym odbiorcą tego belgijskiego piwa była Holandia, tak też zostało do dzisiaj.


    Od środka: 

    W zapachu intensywnie czuć zapach… wina musującego. Przyjemny, nie drażniący, a jednocześnie bardzo wyrazisty. Piana niewielka, niestety szybko opadająca. Kolor bursztynowy, nie klarowne, lekko mętne. Pierwsze łyki łączą się z zapachem dostarczając wrażenia picia lekkiego szampana, trudno dostrzec w nim walory typowego piwa. Tuż po przełknięciu piwka odczuwa się delikatne szczypanie na języku, co po raz kolejny przywodzi na myśl degustowanie szampana. Piwo to jest mało goryczkowe. Jak stwierdza Klaudia idealnie nadaje się dla kobiet, bo zdaje się być lekkim i stosunkowo słodkim. Dodaje, że jest lekko kwaskowate. Warto zauważyć, że jest dosyć mocno nagazowane. Pierwszy raz piłam tego typu piwo stąd zrobiło ono na mnie nie małe wrażenie, co więcej – wrażenie pozytywne. Dostaje ode mnie 7 kufelków.




    Pinta a’la Grodziskie

    Fakty:

    - 2,6% alkoholu, 7,8% ekstraktu
    - piwo górnej fermentacji
    - Skład: słody Weyermann®: jęczmienny dymiony bukiem, pszeniczny, chmiele Lubelski (PL), drożdże Safbrew S-33.
    - cena: 9zł (Omerta)


    Od środka:

    Kolor ciemno-słomkowy, zdecydowanie mętny. Piękna, wysoka piana, która wyrasta aż nad kufel. Zapach jest bardzo trudny do sprecyzowania, niezmiernie wyrazisty, a jednocześnie trudny do ujęcia w jakiekolwiek ramy. Klaudia niby w żartach określiła je słowami „pachnie wędzonym królikiem”. Smak jest idealnie kompatybilny z zapachem. Gdy często wąchamy piwa, zaskakuje nas jak bardzo rozbieżnie dwa nasze różne zmysły odbierają walory piwa. Tutaj natomiast zapach i smak idą w parze. Pinta podczas pierwszego łyku sprawia niesamowite wrażenie, smakuje wędzonką, pierwsze wypowiedziane przeze mnie słowa brzmiały „smakuje wędzoną szynką”. I rzeczywiście, wyraźnie uwidacznia się wędzony charakter piwa (o ile takowy w ogóle istnieje). Barmanka uprzedziła nas, że piwo to jest produkowane na bazie wędzonego zboża, z czym się ewidentnie zgodzę, choć pierwszy raz smakuję tego typu piwo. Podczas kolejnych łyków tak intensywne piwo o dziwo traci na wyrazistości i staje się płytkie smakowo. Nie czuję w nim kompletnie gryczki, staje się nijakie, choć wciąż czuć smak wędzonki. To piwo to zdecydowanie moje odkrycie! Tak dziwnego jeszcze chyba nie piłam, co świadczy tylko na plus, bo jest ono „jakieś”, niemożliwym jest pomylić je z jakimkolwiek innym. A chyba o to właśnie chodzi podczas tworzenia nowego gatunku? Za jego niepowtarzalność i oryginalność daję podobnie, jak poprzednikowi 7 kufelków.





    Podsumowanie:


    Oba piwa według Klaudii są świetną alternatywą dla kobiet preferujących piwa smakowe, z racji ich oryginalności smakowej oraz lekkości, co zaskakuje szczególnie w przypadku naszego belgijskiego przyjaciela, który posiada 8% woltażu. Podsumowując, spróbowanie tych dwóch piwek było niezmiernie ciekawym doświadczeniem ze względu na ich niespotykane walory zapachowe i smakowe. Pierwsze z degustowanych piw zostawia na dłużej wrażenia smakowe, natomiast drugie po pierwszym intensywnym wrażeniu nie zostawia po sobie nic, jedynie posmak wędzonki. Niemniej szczerze polecam wybranie się do Omerty i spróbowanie piw, których często nie mamy możliwości zdegustowania w zaciszu domowym, czy też w zadymionym pubie.



    sobota, 14 lipca 2012

    Pilsner Urquell Challenge - podsumowanie!

    Zgodnie z obietnicą - przyszedł czas na krótkie podsumowanie całotygodniowego projektu Pilsner Urquell Challenge.

    Przez panią zajmującą się marką PU zostałem poproszony o wcielenie się w rolę "tajemniczego klienta" i poddanie ocenie kilku barmanów, biorących udział w międzynarodowym konkursie, który ma na celu wyłonienie Mistrza Barmaństwa. Mistrz taki ma nie tylko znać historię, sposób warzenia i całą "otoczkę" marki Pilsner Urquell, ale również podać klientowi to piwo w sposób książkowo-idealny.
    Nie ukrywam, że bardzo ucieszyłem się, przeczytawszy tego maila. Uznałem, że to będzie świetna okazja do powiększenia swojej piwnej wiedzy i poznanie nieco branży barmanów. Zaprosiłem do współpracy Bartka, któremu z tego miejsca chcę bardzo podziękować za to, że przez cały tydzień tak dzielnie ze mną maszerował od knajpy do knajpy, racząc się raz lepszym, raz gorszym piwem.

    W samym Krakowie w konkursie brało udział 13 lokali. Jeden z nich zmuszeni byliśmy odrzucić, bo znajdował się za daleko od pozostałych, a czas mieliśmy mocno ograniczony. Pozostałe postanowiliśmy odwiedzić przynajmniej raz, z nadzieją że w każdym z nich dostaniemy pysznego, zimnego Pilsnera, który jest jednym z moich ulubionych piw.

    Już pierwszy dzień mocno zweryfikował nasze nadzieje. W większości odwiedzonych tego dnia knajp albo nic nie wiedziano o takim konkursie, albo nie było barmana, który by brał udział. Trochę dziwne, bo raczej lokale same powinny się starać o rozreklamowanie się takim eventem. Udało nam się jednak zawitać do dwóch knajp, w którym podano nam Pilsnery. Nie chcę, żeby mnie ktokolwiek posądzał o jakieś antyreklamy, więc powstrzymam się od ujawniania nazw lokali i imion barmanów w knajpach, które wypadły kiepsko.

    Pierwszy lokal podał nam absolutnie nieświeże piwo z żółtymi plamami na pianie. Barman zaręczał, że instalacja jest czyszczona co 2 dni przez zewnętrzną firmę, ale jakoś nie byliśmy w stanie mu uwierzyć. Pilsner w ogóle nie miał charakterystycznej goryczki, a w zasadzie w ogóle nie miał smaku. Pomimo wysokiej ceny (10 złotych za kufel), kelner chciał nas wykiwać, nie wydając nam reszty. Dopiero po upomnieniu się, stwierdził że myślał, że już jego koleżanka przyniosła. Dziwna to byłaby praktyka, żeby jeden stolik był obsługiwany przez dwoje kelnerów, no ale cóż. Pewnie restauracja w której większość klientów jest z zagranicy właśnie takie praktyki stosuje... A do tego leje strasznie słabe piwo w strasznie kiepskich warunkach...

    Po wyjściu z tamtej knajpy dorwała nas burza. Bardzo szybkim truchtem udaliśmy się na ulicę Szujskiego do lokalu Mięta Restobar. Tutaj nie obawiam się o podaną nazwę, bo już pierwszego dnia naszego Challengu mieliśmy poczucie, że znaleźliśmy to czego szukaliśmy. Pan Wacław jest zawodowym barmanem z kilkuletnim doświadczeniem, od którego aż emanuje ambicja i pasja do tego co robi. Po jego stronie leżała nie tylko bardzo duża piwna wiedza, ale i dokładność - sam codziennie czyści instalację, z której podaje piwo. Jako jedyny barman - podczas krótkiej rozmowy przekonał nas do zakupienia kolejnego kufla Pilsnera i jeżeli tak samo podchodzi do każdego innego klienta, to jest prawdziwym skarbem dla Mięty. W ogóle bardzo przyjemnie tam piło się piwo - pan Wacław mógł bez nerwów z nami na chwilę usiąść i pogadać, a jego miejsce za barem od razu zajęła managerka knajpy. W innych lokalach to się nie zdarzało. Po ludziach, z którymi rozmawialiśmy widać było że denerwują się tym, że zaraz przyjdzie ich manager i ich opieprzy za to, że zamiast pracować siedzą przy stoliku z klientami. Może w Mięcie dopatrzyliśmy się kilku niedociągnięć, jak na przykład podanie nam piwa w niefirmowym kuflu (za co barman bardzo szybko przeprosił i wiarygodnie wytłumaczył dlaczego tak się stało), ale to wszystko jest mało ważne. Dlaczego? Bo to było zdecydowanie NAJSMACZNIEJSZE piwo, jakie nam przyszło wypić w ramach Challengu. Jeżeli miałbym się jeszcze raz udać na Pilsnera do którejś z knajp, to Mięta byłaby zdecydowanym faworytem, pod warunkiem że albo to piwo byłoby podane przez pana Wacława, albo jego zmiennik jest równie ambitnym pasjonatem, dbającym o swoje stanowiska pracy jak nasz barman.



    Dzień drugi przyniósł nam podobne rezultaty. Najpierw trafiliśmy do dość sporych rozmiarów knajpy, gdzie chociaż piwo było bardzo dobre, to jednak barman nie potrafił nam o nim za dużo powiedzieć. Kiedy poprosiliśmy go o przekonanie nas, dlaczego mamy wybrać Pilsnera, zamiast Tyskiego (które również miał na barze), to zamiast skupić się na zaletach tego pierwszego, zaczął oczerniać i wymieniać wady piwa z Tych. Uznaliśmy to trochę za strzał w stopę - w końcu barman de facto firmuje każde lane przez siebie piwo swoim nazwiskiem, prawda? Bądź co bądź - na sam trunek i sposób jego podania nie mogliśmy narzekać, ale porozmawiać z tym panem na temat jego pracy za bardzo się nie dało...

    Udaliśmy się więc w stronę Kazimierza - do niewielkiej knajpki Les Couleurs Cafe na ulicy Estery. Tam poznaliśmy panią Marysię - pierwszą kobietę do tej pory, która brała udział w konkursie. Z rozbrajającą szczerością powiedziała nam, że nie wie czy piwo będzie podane w sposób idealny, bo nie miała możliwości pojechania na szkolenie. W sumie niepotrzebnie się martwiła - kufel postawiony przed nami spełniał wszystkie wymagania dobrze podanego piwa. Jedynie można by się doczepić do niewielkich zacieków, które pewnie wynikały z tego, że naczynia były myte ręcznie, a nie zmywarką. I chociaż pani Marysia nie miała tak dużej wiedzy na temat piwa co pan Wacław (pewnie wynika to właśnie z tego, że nie mogła jechać na szkolenie), to swoją otwartością, naturalnością i non-stop uśmiechniętym podejściem do klienta, całkowicie zdobyła nasze serca. Naprawdę widać było, że bardzo się stara, żeby wszystko wypadło jak najlepiej. Niby to takie oczywiste, a uwierzcie mi - w niektórych knajpach odnosiliśmy całkowicie odwrotne wrażenie. Jakby niektórym ludziom z branży barmańskiej kompletnie nie zależało na tym, żeby ich klienci polecali ich między sobą... Reasumując - piwo było dobre, a rodzinna i uśmiechnięta atmosfera Les Couleurs Cafe sprawiła, że chcielibyśmy tam jeszcze kiedyś wrócić.



    Dzień trzeci był przerwą od degustacji Pilsnera. Za to udaliśmy się na premierę Kruka, o której pisałem już więcej tutaj. Potem co prawda próbowaliśmy jeszcze uderzyć do jakiejś knajpy, ale nie mieliśmy szczęścia - albo był potworny tłok, albo nie było akurat barmana, biorącego udział w konkursie.



    Niestety, ale im dalej w las tym ciemniej. Dzień czwarty był równocześnie ostatnim dniem przygody z Pilsner Urquell Challenge. Odwiedziliśmy trzy różne lokale. We wszystkich komplet ludzi - tyle, że ledwo udało nam się znaleźć miejsce do siedzenia. Niestety, nie miało to żadnego wpływu na jakość podawanego piwa. Różniło się ono diametralnie od tych, które tutaj poleciłem. Jedno było kwaskowate, a drugie i trzecie kompletnie bezsmakowe. Może wynikało to z faktu, że instalacje były brudne, a może z tego że dwóch z trzech barmanów w ogóle nie pije alkoholu, więc mają nieco utrudnione zadanie przy ocenie, czy podany przez nich Pilsner jest świeży i smaczny czy nie... Trochę szkoda, ale w parze z kiepskim piwem szła również kompletna niewiedza i anty-ambicja barmanów. Większość z nich oddawała walkowerem nawet tak proste z pozoru pytanie jak prośba o polecenie Pilsnera. Wydaje mi się, że nawet ja, nie mający dużej wiedzy o piwach i nie pracując w zawodzie barmana sprawdziłbym się lepiej niż kilkoro z nich, pracujących w dużych, czołowych restauracjach.



    Na tym zakończyliśmy Pilsner Urquell Challenge - bogatsi o dwa lokale, do których możemy zaprosić znajomych na dobre piwo, ale przede wszystkim o nieco wiedzy na co zwrócić uwagę, podczas zamawiania naszego wymarzonego złotego trunku. I chyba nieco odważniejsi, żeby na głos mówić o tym, że podane piwo jest niewarte swojej wysokiej ceny.

    Bartku - jeszcze raz wielkie dzięki za towarzystwo! Mam nadzieję, że jeszcze nie raz uda nam się zrealizować kolejne ciekawe, piwne projekty!

    środa, 11 lipca 2012

    Kruk - pierwszy American Stout w Polsce!

    10 lipca 2012, 18:40 - Strefa Piwa na krakowskim Kazimierzu...

    20 minut do premiery Kruka - pierwszego ciemnego American Stouta w Polsce. Zająłem już moje idealne miejsce i popijając Svijańskiego Rytira czekam na to, co zaraz się wydarzy. Wkoło prawie nikogo. Na sali jedynie siedzi kopyr - to właśnie według jego receptury owy Kruk powstał. Podekscytowanie zaczyna być coraz większe - to pierwszy tego typu event, na którym mam przyjemność gościć. Specjalnie na tą okazję wdziałem moją "firmową" koszulkę Jasnego Pełnego i czekam, kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać...
    Zaczynają się zbierać pierwsi ludzie. Na rzutniku lecą pierwsze zdjęcia z procesu produkcji Kruka.

    Czekając na 19:00 mam chwilę, żeby napisać kilka słów o miejscu, w którym jestem. Nie przypadkiem premiera pierwszego gatunkowo piwa w Polsce odbywa się właśnie tutaj. Strefa Piwa to miejsce magiczne dla każdego, dla kogo dźwięk otwieranego lub nalewanego piwa nie jest obojętny. Na prawie każdej ścianie wiszą piwne akcesoria - etykiety, podkładki pod kufle, ale największe moje uznanie zdobyła mała ścianka przy samym wejściu, zbudowana z butelkowych kapsli. Jeśli chodzi o asortyment piwny - to wśród najlepszych piw czeskich, belgijskich i polskich każdy znajdzie coś dla siebie. A jeżeli po przyjściu tutaj ktoś będzie się czuł przytłoczony ogromem tych wszystkich browarów (tak jak ja za pierwszym razem), to nic nie szkodzi - chłopaki (a ostatnimi czasy pojawiła się tam również jedna pani) to absolutna czołówka jeśli chodzi o krakowskie knajpy. Nie tylko potrafią doradzić piwo na każde podniebienie, ale również są totalnie pro, jeśli chodzi o piwną wiedzę i sposób podania naszego wymarzonego trunku. Nadal Was to nie przekonuje? Dorzucę jeszcze imprezy tematyczne, takie jak "czeskie wtorki" i "O podróżach przy piwie", scrabble, karty i darmowe próbki dla tych całkowicie niezdecydowanych i wiecie co wyjdzie z takiego połączenia? Absolutny MUST-VISIT-AND-DRINK-BEER na piwnej mapie Krakowa!
    A tymczasem wielkimi krokami zbliża się godzina 0, czyli w tym przypadku 19:00. I nawet w końcu przyszedł Bartek! i w ogóle w Strefie zrobiło się nieco gwarniej...

    Fakty:

  • Gatunek: American Stout
  • Producent: browar Widawa, według receptury Tomasza Kopyra
  • Browarowy komputer wskazał wynik 60 IBU
  • Cena w knajpie: 10zł

  • O 19:15 stanął przede mną pierwszy kufel naszego dzisiejszego bohatera. Całkowicie kruczoczarny browarek jest pokryty ciemnoszarą, niską i szybkozanikającą pianą. W zapachu niespodzianka (przynajmniej dla kogoś, kto na co dzień nie pija za dużo stoutów), bo piwo pachnie dość podobnie do Black IPY. Znajdziemy tu trochę słodkich owoców cytrusowych i trochę kawy. Bartek wyczuł tu coś z kory, a obydwoje znaleźliśmy aromaty sosnowe. Już pierwszy łyk mocno zweryfikował to co czułem w zapachu. Nie wyczuliśmy tutaj ani kawy, ani owoców. Zdecydowanie dominuje przyjemna i bardzo intensywna goryczka, wynikająca głównie z naturalnego chmielu. Gorzki smak zostaje z nami aż do ostatniego łyku i myślę że i na długo potem. Zaskoczył mnie odrobinę brak wyjątkowo mocnej chmielowości, której się spodziewałem po tym jak zacząłem doczytywać, czym charakteryzuje się American Stout. Kopyr stwierdził, że faktycznie tego aromatu jest mniej, ale "na premierze chmiel kopał w ryj".
    Jeśli chodzi o ocenę, to jeszcze nie znam się na tyle, żeby w pełni móc docenić fakt, że jest to pierwszy American Stout w Polsce. Doceniam natomiast to, że jest to miła ucieczka od wielu ciemnych piw, które są albo tylko słodkie, albo tylko kawowe. Doceniam również to, że pierwotny zapach tak bardzo zrobił mnie w konia. Spodziewałem się czegoś kawowo-owocowo-kwiatowo-słodkiego, a w rzeczywistości dostałem mocne, siermiężne, czarne piwo. Dla mnie jest to mocna kufelkowa 8!




    Bardzo bym sobie życzył, żeby podobne inicjatywy były w Polsce robione jak najczęściej, bo własnie dzięki takim akcjom nasz piwny rynek staje się coraz bardziej urozmaicony. A co do samego kopyra-twórcy? Człowiek z niesamowitą pasją i charyzmą - jestem przekonany, że będę na jego kolejnych piwnych premierach w Krakowie, bo wierzę, że na Kruku jego wizja się nie skończy.
    Jemu, Strefie Piwa i wszystkim nowościom szczerze życzę powodzenia i gorąco trzymam kciuki! Wszystkich tych, którzy są spragnieni wiedzy jak Kruk powstał - odsyłam do kopyrowego posta... A wszystkich chętnych na spróbowanie tegoż piwka zapraszam do Strefy Piwa, ino trzeba się spieszyć, bo nie wiadomo jeszcze czy produkcja tego browarku będzie kontynuowana, czy na jego miejsce nie wpadnie coś innego.

    Bartku - dzięki bardzo za dotrzymanie towarzystwa!

    sobota, 7 lipca 2012

    Nowości!!

    Witajcie drodzy Czytelnicy!

    Mam dla Was dwie nowiutkie informacje:

    1) Już od dzisiaj JasnePełne jest dostępne na fejsbuku! Poza informacjami o nowych wpisach, będą się tam również pojawiać ciekawostki, nowości i informacje ze świata piwnego! Gorąco zapraszam do polubienia strony pod adresem https://www.facebook.com/blogjasnepelne

    2) Już jutro JasnePełne zaczyna Pilsner Urquell Challenge! Więcej szczegółów dowiecie się wkrótce, ale całość zapowiada się na naprawdę ciekawy projekt.


    Stay tuned!!