Pokazywanie postów oznaczonych etykietą degustacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą degustacja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 grudnia 2012

[DEGUSTACJA] Polskie, słowackie i czeskie radlery.

22 listopada miała miejsce kolejny panel degustacyjny w Strefie Piwa (chociaż chłopaki nie wiedzieć czemu nie chcą się do tego przyznawać :)). Tym razem, wspólnie z Tomkiem Rogaczewskim, udało się ich przekonać na bardzo popularne tego lata radlery. A jako, że wracając z wakacji na Słowacji, ostatniego dnia zahaczyłem o kilka tamtejszych marketów i kupiłem po jednym specyfiku z każdego dostępnego browaru, panel został wzbogacony o reprezentantów słowackich i czeskich (jak się za chwilę okaże - dzięki Bogu!). Na początek słowem wstępu, czym w ogóle jest i skąd wywodzi się ów radler?


  • Czym jest radler?
  • Jak przebiegała degustacja?
  • Podsumowanie
  • Jak zrobić radlera w domu?

  • Czym jest radler?

    Aby odpowiedzieć na to pytanie, przeniesiemy się nieco w miejscu i czasie. Czas: gorący czerwiec 1922 roku, sobota. Miejsce: Deisenhofen, niecałe 20 km od Monachium, Kugleralm - karczma niejakiego Franza Xavera Kuglera, który specjalnie dla swoich gości wytyczył leśny szlak rowerowy z Monachium. Nikt się pewnie nie spodziewał, że akurat tej soboty, jego gasthaus odwiedzi 13000 spragnionych i zmęczonych rowerzystów, którzy wręcz błyskawicznie poradzili sobie z większością zebranych przez Franza zapasów piwa. Pomysłowy karczmarz nie doprowadził się jednak na skraj bankructwa. W piwnicach miał jeszcze kilka tysięcy butelek lemoniady, której w zasadzie, uwielbiający piwo Bawarczycy, w ogóle nie kupowali. Wymieszał ową lemoniadę z piwem (historia mówi, że ciemnym!) w proporcjach pół na pół, szczycąc się, że właśnie wymyślił nowy napój - specjalnie dla rowerzystów, żeby biedni nie pospadali z rowerów w drodze powrotnej do domu. Napój nazywał się Radlermass ("Radler" to po niemiecku rowerzysta, "maas" to litr piwa). Tak właśnie narodziła się niemiecka alternatywa, dla brytyjskiego shandy (który jest mieszanką piwa i piwa imbirowego). Dzisiaj radlery są już popularne na cały świat, a karczma Kugleralm potrafi pomieścić 2000 gości na raz!

    Jak przebiegała degustacja?

    Myślicie, że smak z 1922 roku jest w jakimkolwiek stopniu spójny z tym, co możemy kupić dzisiaj opatrzone przyrostkiem "radler"? Jako degustanci, mieliśmy się o tym przekonać na własnych skórach. Pierwsza część wieczoru poświęcona została radlerom cytrynowym, druga - grejpfrutowym i innym, bardziej "wynalazkowym". A specjalnie dla Was, poniżej zebrałem również najlepsze cytaty z degustacji, które chyba idealnie odpowiadają całemu przebiegowi.


    1) Na pierwszy rzut poleciała popularna ostatnio Warka Radler, która smakowała nam podobnie do gazowanego napoju Helleny. Była strasznie słodka, na dodatek miała posmaki aspartamowe... Muszę jednak szczerze przyznać, że nie raz i nawet nie dwa, sięgnąłem po butelkę tej Warki w gorące, letnie popołudnie, po całym dniu pracy przy Marianówce. I nie ukrywam również, że wtedy bardzo fajnie mi podchodziła, dawała dużo orzeźwienia. Jednak w listopadowy wieczór - nic takiego nie dane mi było w niej wyczuć. Miernota i bidota.

    2) Na drugi ogień wzięliśmy równie popularnego Lecha Shandy - i tutaj również spotkało nas nie lada rozczarowanie. Produkt Kompanii Piwowarskiej pachnie i smakuje proszkiem do prania i witaminami w proszku. Znaleźliśmy tu również tak "bliskie" piwu aromaty jak płyn do płukania ubrań i tektura. Chyba najlepiej Shandy'ego charakteryzują dwa cytaty z tamtego wieczoru "Piwo z zaprawą lemoniadową" i "Skład jak w Breaking Bad"...

    3) Kiedy myśleliśmy, że gorzej już być nie może, spróbowaliśmy holenderskiej Bavarii Radler. W zapachu okazało się bardzo cytrynowe, nawet fajne, ale za to smak - okropna, sztuczna słodycz, wręcz jak cytrynowa landrynka. Brrrr...

    4) Po holenderskim paskudztwie daliśmy szansę jednemu z bardziej popularnych, słowackich producentów - Smadnemu Mnichowi. Niestety, smak tego radlera był równie podły jak poprzednika, dawało Coldrexem, marchewką z groszkiem lub miodem z cytryną. Najkrótsze podsumowanie jakie padło na temat tego piwa to "zbełtany kubuś marchewkowy" - ohyda!

    5) Zostaliśmy na dłużej przy słowackich wynalazkach i sięgnęliśmy po piwko o przydługiej nazwie Zlaty Bažant Radler Citron. W końcu trafiliśmy na coś, co nie było przesadnie słodkie. Aromat szedł w stronę limonki, w smaku orzeźwiająca, ściągająca cytryna. Cytat: "Najmniej paskudne z nich wszystkich" chyba dokładnie odpowiada naszym ówczesnym odczuciom na temat spróbowanych wcześniej radlerów...

    6) Czeski Staropramen ostatnimi czasy wypuścił nową serię Cool - a w tejże serii piwo Lemon i Grep. To pierwsze z nich smakowało jak nasze polskie odpowiedniki. Niestety - nie piwa, ale innych płynów, takich jak Zbyszko 3 Cytryny, czy Ludwik Cytrynowy. Przy próbie powąchania tego "piwa", aż poszczypało nas w oczy. Zapach straszny, jak rozgryziona witamina C. W smaku nieśmiała, dziwna goryczka...

    7) Steiger Radler to pierwszy klarowny produkt tamtego wieczoru. I chociaż większość z nas uznała, że ma aromat bandażowy, to jednak mnie najbardziej urzekło porównanie z "marynowanym kotletem z cytryną i papryką" - nie wiem kto był w stanie znaleźć aż tak szczegółowe porównanie, ale moja czapka z głowy :)

    8) Steiger Limetka znowu pachniał Kubusiem i landrynką. Apteka w citronowej postaci...

    9) Lubuskie Cytrynowe Slow Lime - kolejny polski radler. Tym razem pomimo całkiem możliwe, że naturalnego osadu - ten produkt pachniał kanałem. Gorzki, bandażowy, kwaskowaty, paskudny, cytrynowy Fervex... Tylko Tomkowi udało się wypić całą próbkę. Zdecydowanie najstraszniejsze, co nas do tej pory spotkało...

    10) "Jakbym nie wiedział to bym myślał, że to belg" - w piwnym świecie w odniesieniu do polskiego radlera, to chyba nie lada komplement, szczególnie biorąc pod uwagę jakość tego co do tej pory spróbowaliśmy... Jagiełło o smaku cytrynowym, bo to o nim mowa, miał aromat blonda. Smak jednak, pomimo tego, że było tam 99.87% piwa, był wyblakły, chociaż gorzkawy. Trochę jak przypalona szarlotka.

    11) Na pierwsze piwo, w którym czuć chociaż trochę chmielu przyszło nam nieco poczekać. Stephans Brau Beer & Lemon poza tym, że miał posmak słodzikowy, "chwalił" się składem w postaci: cykloaminiam sodu, acesulfon K, aspargam i sacharynian sodu - to chyba powinno wystarczyć za dowolny komentarz.

    12) Po tym jak przy naszej pierwszej degustacji pszenic, miejsce na podium zajął Lidlowy, puszkowy Graffenwalder - jego radlerowego odpowiednika uznaliśmy za faworyta. W rzeczywistości Graffenwalder Radler był wodnisty, płytki i smakował jak jakaś cytrynowa woda. Chyba dużo lepiej byłoby sobie kupić sprita i pięćdziesiątkę wódki...


    13) Sommersby w większości krajów jest cydrem. U nas jednak, aby być w zgodzie z prawem musiano nieco zmienić skład. Pewnie więcej o tym napiszę przy okazji indywidualnej degustacji Carlsbergowego trunku. Smakował trochę jak utarte jabłko - na początku kwaskowate, potem coraz słodsze. Nie waliło chemią, chociaż w składzie znaleźliśmy takie związki jak sorbian potasu, czy sacharoza (tak - wiem, że to drugie to związek cukrowy). I nawet mocne jak na radlera - 4.5%. Całkiem niezłe - nie spodziewałem się tego po tym, jak wiele razy szerokim łukiem ominąłem półkę, na której stał Sommersby.

    14) Przy tym "piwie", chcąc nie chcąc muszę się zatrzymać na nieco dłużej. Gniewosz Grejpfrutowy był prezentem dla blogerów od poznańskiego Setka Pub, podczas pierwszego polskiego Blog Dayu w Poznaniu. Słabo nagazowany płyn, prawie całkowicie pozbawiony piany, smakujący marchewkowym Kubusiem o wyblakłej, sztucznej goryczce, był równocześnie piwem, które Setka Pub zdecydowało się oznaczyć swoją wlepką z napisem (z tego co pamiętam) "Piwna rewolucja trwa".Panowie z poznańskiego pubu - litości! Czy Wy w ogóle spróbowaliście tego, co firmujecie swoją nazwą? Przecież tego "KOMPLETNIE nie da się wypić". "Ludzie za to płacą", pomimo że nawet "kranówa jest lepsza". Wydaje mi się, że powinniście nieco bardziej pilnować, co za produkty firmujecie swoimi wlepkami, jeśli chcecie zachować wiarygodność miejsca, w którym można się napić dobrego piwa... Gniewosz Grejpfrutowy zdecydowanie do tej grupy nie należy!
    EDIT: Powyższy tekst został wykreślony z prostej przyczyny - jak (pewnie bardzo słusznie) wytknięto mi w komentarzach do niniejszego postu - Panowie z Setka Pub w Poznaniu w ten sposób zażartowali z blogerami, dając im paskudnego Gniewosza z pełną premedytacją. Sypię głowę popiołem i przepraszam za "czarny PR" :)


    15) Kolejny Stephans Brau - tym razem grejpfrutowy. I chociaż faktycznie czuć ten owoc w zapachu, to potwornie mdląco słodki smak zdecydowanie odrzucił nas od dalszej degustacji...

    16) I kolejna powtórka, tym razem słowacka. Zlaty Bažant Grep ma wyjątkowo delikatny zapach grejpfruta. Podobnie od cytrynowego - ten nie zmęczył nas swoją słodkością. Bez problemu dało się dopić do końca.

    17) To chyba reguła, że czeski, czy słowacki browar, który posunął się do produkcji radlera, od razu pomyślał o grejpfrutowym odpowiedniku. Staropramen Cool Grep pachnie apteką, jodyną i bandażami, chociaż był "tylko w połowie tak zły jak Gniewosz". Pojawiły się też porównania do toaletowych detergentów, chociaż te akurat Wam daruję :)

    18) Steiger Radler Malina - "znalazłem k**** Graala dzisiaj" (to akurat był sarkazm), "Wydaje mi się, że mam gorączkę", "tylko brakuje mi lipy" - to tylko niektóre komentarze, które pojawiły się przy tym piwie. I chociaż z pozoru, niewiele one mają wspólnego ze złotym trunkiem, to jednak dobrze odpowiadają tym rozcieńczonym mydlinom, smakującym trochę jak woda z sokiem Paola, które było nam "dane" spróbować. Tylko Hana była w stanie dopić całą próbkę - ale to pewnie dlatego, że już późno było :)

    19) Pierwsze i jedyne piwo o smaku czarnej porzeczki, tamtego wieczoru, to Samson Černy Rybiz. Różowa piana, paskudny, zdecydowanie za słodki smak, czerwony kolor podchodzący pod "jakbym żuła mokrą szmatę" - omijać szerokim łukiem, jakkolwiek ciekawym eksperymentem by miało się wydać.

    20) Kolejny spróbowany Steiger, tym razem imbirowy, smakował "mop stojący w szafce, który nie zdążył wyschnąć", albo jak "buty ortopedyczne". Po raz kolejny wyrażę zdziwienie, skąd moi współtowarzysze degustacji znają takie smaki :) Fakt faktem - "piwo" było obrzydliwe.

    21) Na sam koniec została nam kolejna Warka Radler - tym razem wersja butelkowa (ta pierwsza była lana z puszki). Ta była nieco lepsza od poprzedniczki, przede wszystkim mniej słodka. Obawiam się jednak, że było to spowodowane całą masą syfów, jakie wcześniej spróbowaliśmy...


    Podsumowanie

    Podsumowanie niestety będzie bardzo gorzkie i mało zachęcające do samodzielnych degustacji powyższych piw, więc zatwardziali fani Warki Radler, czy Lecha Shandy powinni pewnie opuścić ten paragraf.
    Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem co rusz w gazetach, czy na portalach internetowych idzie przeczytać, że radlery w Polsce zdobywają coraz więcej rynku. Prawda jest taka, że w zasadzie żaden spróbowany przez nas produkt nie zasługuje na to, żeby dobrowolnie i bez przymusu wydać na niego nawet dwa złote. Większość z nich nie zasługuje nawet na to, żeby na etykiecie, czy puszce napisać słowo "piwo". Miliony Polaków, na co dzień pijących tylko słabe, ale popularne piwa z dużych koncernów przerzucają się na jeszcze słabsze, a co gorsza jeszcze bardziej trujące produkty, próbujące się nazywać radlerami. Wydają miliony monet (z moich obserwacji wynika, że standardowy radler jest u nas droższy od standardowego "koncerniaka") na sztuczną, paskudną, dosładzaną chemię. Apeluję do Was - obudźcie się! Przepłacacie za syf, który nie ma nic wspólnego z pierwotnym Franzowym radlerem i który wcześniej czy później wywierci Wam dziurę w brzuchu, podczas gdy każdy z Was może sam sobie przyrządzić radlera. Gorąco zatem polecam lekturę kolejnego paragrafu!

    Jak zrobić radlera w domu?

    Ostatnim etapem naszej degustacji było własnoręczne przygotowanie radlera na wzór tego, jaki w 1922 powstał w okolicach Monachium. Adam (nasz stosunkowo świeży degustacyjny tawarisz) przyniósł ze sobą Svijanskiego Rycerza i butelkę toniku Schweppsa. Okazało się, że po wymieszaniu obu w stosunku mniej więcej pół na mniej więcej pół "uwarzyliśmy" lepszego i bardziej naturalnego radlera niż zdecydowana większość tych, za którymi stoją profesjonalne browary. I chociaż zgodnie uznaliśmy, że pewnie każdy z tych składników lepiej smakowałby osobno, to jednak urzekło nas w końcu to, że udało się wypić coś, co nie było przesadnie słodkie - własnoręczna mieszanka okazała się prawdopodobnie najlepszym dzisiaj obiektem degustacji.




    wtorek, 18 września 2012

    [DEGUSTACJA] Mikkeler Single Hop (i nie tylko!)

    Strefa Piwa po raz kolejny ugościła krakowskich piwoszy w swoich wyjątkowo nieskromnych (biorąc pod uwagę ilość i jakość wszelkiej maści piw) progach. Dzięki Tomkowi Rogaczewskiemu z 4 stron piwa miałem tym razem okazję wziąć udział w degustacji, owianych świetną sławą, piw Mikkelera, a mówiąc dokładniej Single Hopów i muszę przyznać, że chyba to była jedna z najbardziej pouczających (i najsmaczniejszych! :D) degustacji do tej pory. Każdemu, komu świat piwa jest choć trochę bliski, zapewne serce zabiło teraz nieco mocniej, ale pozwólcie, że po kolei i pomału wytłumaczę "o co cho".

    Co to jest ten Mikkeler?
    A ten Single Hop? Skakanka jakaś?
    Jak przebiegała degustacja?

    Co to jest ten Mikkeler?

    Mikkeler to nazwa "browaru", który ku ogólnemu zaskoczeniu, nie ma ani dalekich korzeni, ani tradycyjnej receptury, ani również nie bazuje na niezmiennych od kilku wieków składnikach. Cała przygoda zaczęła się 6 lat temu(!), w 2006 roku kiedy to Mikkel Borg Bjergsø (w dalszej części historii będzie nazywany po prostu Mikkelem) oraz Kristian Klarup Keller (po prostu Keller) założyli swój "browar".

    Gdybyśmy cofnęli się jeszcze kilka lat wstecz, a dokładnie do roku 2000, to w naszej opowieści poznalibyśmy Mikkela, duńskiego studenta dzielnie zgłębiającego wiedzę, żeby kiedyś móc stanąć pod szkolną tablicą. Jego "studenckie myślenie" niczym nie różniło się jednak od naszego polskiego - piwo miało sponiewierać, tanio i szybko, niekoniecznie wysublimowanie smakować. Wszystko uległo zmianie, kiedy dostał pracę w lokalnej kawiarni, dzięki czemu mógł zasmakować w mniej ordynarnych trunkach. Później, kiedy już pracował już jako nauczyciel bardzo rozsądnie wymyślił, że jeżeli zacznie sam warzyć piwo - to zaoszczędzi kupę kasy, a przy okazji miałby szansę wygrać konkurs na degustację z zamkniętymi oczami w pobliskiej knajpie.

    Niewiele później, wraz z Kellerem, przyjacielem z dzieciństwa zakupili kilka książek o warzeniu złotego trunku i w zaciszu domowej kuchni uwarzyli swoje pierwsze piwo. Brøckhouse IPA została uznana za najlepsze piwo w okolicznym lokalu. I to chyba rozpędziło "maszynę" na dobre. Kolejne browarki, tworzone już według własnych receptur zaczynały zdobywać medale na piwnych festiwalach w Danii, więc to był chyba najlepszy czas żeby wyjść do ludzi z większą produkcją. Do kuchennych eksperymentów Mikkel i Keller dołożyli warzenie piw w mikrobrowarze Ørbæk. Największy sukces parze przyjaciół przyniosło ‘Beer Geek Breakfast’ - powstałe przez dodanie kawy parzonej po francusku do owsianego stouta. Dzięki niemu w 2008 roku podpisali umowę z Shelton Brothers, amerykańską firmą, dystrybuującą piwa. Zwiększenie zapotrzebowania wymusiło zmianę browaru, w którym warzono Beer Geek Breakfast - przyjaciele przenieśli się do Gourmet Bryggeriet. Na początku 2007 roku Keller zarzucił temat piw, chcąc zostać dziennikarzem w magazynie muzycznym Soundvenue. Mikkel został sam...

    ... i na pewno nie wpłynęło to negatywnie na rozwój "browaru". Dzisiaj Mikkeler eksportuje swoje piwa do 40 krajów na całym świecie, udziela licznych wykładów i to on niejako dyktuje smaki, do których inne browary próbują równać. Trochę to wszystko brzmi niewiarygodnie biorąc tak krótką historię duńskiego "browaru".

    Wprawne oko zauważyło, że chyba ani razu nie napisałem "browar" bez cudzysłowia. Dlaczego? Otóż (i to może być dla Was kolejna niespodzianka) - ekipa z Mikkelem na czele nie posiada własnego browaru, ale warzy swoje piwa w najlepszych mikrobrowarach z całego świata - z belgijskim de Proef Brouwerij na czele. Stąd jego przydomek "gypsy brewer". W 2010 postanowił jednak nieco się osiedlić i w centrum Kopenhagi otwarł bar, serwujący piwa własne piwa, na równi z najlepszymi warkami z innych mikrobrowarów.

    A ten Single Hop? Skakanka jakaś?

    Już śpieszę z tłumaczeniem. Pozwólcie, że oprę się jednak na zdjęciu:


    Single Hop to seria piw Mikkelera, z których każde jest warzone przy użyciu innej odmiany chmielu. Na celu ma to uświadomienie piwoszom, jak wiele od tego chmielu zależy i jak każda z odmian pachnie i smakuje. Przyznacie, że inicjatywa wyjątkowo ciekawa, prawda? Co więcej - każde piwo było chmielone tą samą odmianą i tą samą ilością kilkukrotnie (dla goryczki, aromatu, smaku i już po procesie fermentacji). Miało to na celu jeszcze dokładniejsze podkreślenie różnic pomiędzy poszczególnymi szyszkami. Żeby jeszcze bardziej uniezależnić smak piwa od innych czynników - wszystkie Single Hopy były warzone w tym samym tygodniu, z takich samych słodów, drożdży i w dokładnie takich samych temperaturach. No i w tym samym browarze, rzecz jasna. Rezultat? Zaskakujący! Muszę przyznać, że przed tą degustacją nigdy bym nie powiedział, że dwa piwa, różniące się jedynie gatunkiem chmielu mogą być tak DIAMETRALNIE różne. Piw w tej serii powstało 18, a te które dane nam było zakosztować w Strefie Piwa zobaczycie (i może o co poniektórych nawet coś przeczytacie) poniżej.

    Jak przebiegała degustacja?

    Na początek kilka Single Hopów, a także innych, bardziej "mieszanych" Mikkelerów sfotografowanych już w zaciszu domowym. Z tego miejsca chciałem bardzo jeszcze raz podziękować Tomkowi - tym razem za użyczenie mi butelek do zdjęcia etykiet.


    Nietypowo zacznę od kontretykiety butelki, bo w każdym przypadku jest taka sama. Przeczytamy tak, w którym browarze Mikkeler powstał, kto go stamtąd zaimportował, oraz, jak już kiedyś udało mi się to zinwestygować, ile za tą butelkę dostaniemy kaucji w poszczególnych stanach Ameryki.


    Przednie etykiety w zasadzie też się między sobą bardzo nie różnią (i wydaje mi się to strasznie fajnym i dobrym posunięciem). Jedyna różnica to kolorystyka, nazwa chmielu, z którego uwarzono dany egzemplarz oraz IBU, jakie powinno zawierać. Na przedniej etykiecie znajdziemy również zwyczajową informację o tym, komu piwo może zaszkodzić, jego gatunek i zawartość alkoholu.


    No to lecimy! Postaram się o każdym z piwek powiedzieć chociaż kilka słów, bazując na moich spisanych wtedy notatkach.

    CASCADE

    Zapach jest trochę podobny do Pintowego Ataku Chmielu - znajdziemy tutaj mocne aromaty żywiczne, sosnowe i świerkowe. Z owoców po nosie bije trochę czerwona porzeczka. Mocno narzucająca się goryczka (ale bardzo przyjemna!) o wartości 38 IBU pozostaje na długo na języku.
    ZAPACH: 7
    SMAK: 8
    OGÓLNIE: 8


    MAGNUM

    Magnum to niemiecki chmiel, bardzo popularny w Polsce. Mikkeler z niego uwarzony sięga aż 94 IBU! Nic więc dziwnego, że w smaku dominuje bardzo mocna goryczka - pojawia się bardzo szybko po wzięciu łyku, ale równocześnie bardzo szybko zanika, nie zalegając w naszych ustach. Przez to również zapach jest słabo wyczuwalny. Znalazłem w nim jednak lekkie nuty kiwi. Piwko jest minimalnie kwaskowate i działa ściągająco na język. Generalnie bardzo lubię gorzkie piwa, więc i to musiało mi przypaść do gustu!
    ZAPACH: 6
    SMAK: 8
    OGÓLNIE: 8


    TETNAGER

    Zapach jest zdecydowanie zdominowany przez kwiaty! Człowiek czuje się, jakby hasał po wiosennej łące. Pomimo, że IBU ma takie samo jak Cascade, to tutaj goryczki prawie nie wyczujemy. Pojawiła się tylko na samym początku piwka i bardzo szybko zanikła. Po nosie delikatnie smyrały mnie aromaty mocniejszych alkoholi.
    ZAPACH: 8
    SMAK: 6
    OGÓLNIE: 6


    CLUSTER

    Cluster w zapachu połączył bardzo wiele różnych gałęzi - z jednej strony pachniał żywicznie, podobnie do Cascade'a. Z drugiej jednak dało się tam wyczuć zapach skóry. Z owoców najbardziej przebijało się mango, albo jakiś totalny mix sałatkowy. Podobnoż pachniało również liśćmi pomidora jednak mój nos tego nie zarejestrował. Pomimo 66 IBU - goryczka prawie niewyczuwalna.
    ZAPACH: 6
    SMAK: 6
    OGÓLNIE: 6


    CENTENNIAL

    56 IBU, pachnące żywicą, mandarynkami, grejpfrutem, malinami, vibovitem i słodkościami. Piwo o takim bogactwie aromatów zasługuje na wysoką notę :)
    ZAPACH: 8
    SMAK: 9
    OGÓLNIE: 8.5


    PALISADE

    To jedno z piw o największym bogactwie smaków i aromatów, jakie mogłem spróbować tamtego wieczoru. Mango, melon, karmel, mięta, winogrona i rodzinki to tylko niektóre owoce (i roślina :D), które udało nam się wyczuć. W smaku po chwili pojawia się goryczka - słaba, acz zalegająca. Nie dominuje i nie wybija się jak na to IBU (którego jest tam 47). Piwo jest również słodkawe, ale nie wynika to ze słodu. Da się również wyczuć delikatny alkohol.
    ZAPACH: 7
    SMAK: 7.5
    OGÓLNIE: 8


    TOMAHAWK

    Kolejne piwo, zapachowo przypominające chmiel Cascade. Tutaj jednak najpierw wyczujemy idący od razu w nos lekki kwasek. W smaku mocno zalegająca, wręcz agresywna goryczka, jak z yerba mate, trochę ziół i popiołu z dodatkiem czarnych porzeczek :). W moich notatkach pod tym piwem widnieje tajemnicze: "TODO: Zjeść żywicę!" [EDIT]: Już wiem dlaczego! Za karę, że nie umiałem odróżnić zapachu świerka od sosny :) :D
    ZAPACH: 9.5
    SMAK: 8
    OGÓLNIE: 8


    SIMCOE

    Pomimo, że piwo nie zostało uwarzone przez Mikkelera, to jednak dobrze podpada pod tematykę Single Hopów. Pierwsze opinie, które dało się usłyszeć na sali po skosztowaniu tego 9% piwa to "to ma kopać, a nie smakować" i "poza alkoholem nic nie ma". To chyba najwierniej odzwierciedla smak i aromat tego piwa. Czuć bardzo mocny alkohol, zagłuszający bardzo delikatne zapachy ananasów, pomarańczy i mandarynek. Pojawiają się również mało przyjemne zapachy proszku do prania i apteki...

    Z Single Hopów to byłoby na tyle. Każdy z nas został następnie poproszony o stworzenie rankingu chmieli, które najbardziej przypadły mu do gustu. O dziwo większość była zgodna. Moi faworyci to:

    1. MAGNUM
    2. CASCADE
    3. CENTENNIAL lub TOMAHAWK



    Na tym jednak wieczór się nie zakończył. Skoro byliśmy przy temacie Mikkelerów, sięgnęliśmy jeszcze po inne egzemplarze (już niekoniecznie warzone z pojedynczej odmiany chmielu):

    K:RLEK

    Piwo k:rlek o bardzo dziwnie dla mnie (i myślę, że nie tylko dla mnie) brzmiącej nazwie okazało się rasową IPĄ z całą masą owoców w aromacie. Najbardziej waleczne i wybijające okazały się porzeczki, winogrona i żywica, ale była tu taka masa wszystkiego, tyle różnych cytrusów, że chyba nigdy nie byłbym w stanie ich wszystkich nazwać... Na minus tego piwa mogą jedynie działać obecne również aromaty siarki i kisielu.
    ZAPACH: 7.5
    SMAK: 8.5


    10

    10 to chyba jedyna butelka tamtego wieczoru, która miała na sobie krawatkę. Była ona jednak na tyle prosta (po prostu kawałek tęczowego papieru), że podarowałem ją sobie tutaj. Główny chmiel użyty do uwarzenia 10 to EKG - East Kent Goldings. Chociaż w zapachu i smaku piwo jest bardzo podobne do poprzednika, to jednak bardziej wyczuwalna staje się goryczka i owocowość. 10 okazała się wyjątkowo pijalna i prawie jednogłośnie została stwierdzona jednym z najlepszych zdegustowanych Mikkelerów.

    HOP BURN

    Hop Burn był ostatnim Mikkelerem skosztowanym tamtego wieczoru. Ostatnim i najmocniejszym, bo jego zawartość alkoholu to aż 10%. Szokującym okazał się jednak fakt, że słodki smak piwa idealnie balansuje jego moc. Nie dało się wyczuć w zasadzie żadnych fuzzli. W zapachu dominowała czekolada, śliwki, rodzynki i figi - ot takie bakaliowe! Ocena pewnie byłaby wyższa, gdyby nie fakt, że w środku butelki pływały jakieś mało zachęcające "cosie".
    ZAPACH: 9
    SMAK: 6
    OGÓLNIE: 7.5



    To by było na tyle, moi drodzy! Mam nadzieję, że za bardzo Was nie wynudziłem i będziecie jeszcze kiedyś mieli ochotę poczytać recenzję z kolejnych degustacji. Na samym końcu chciałbym jeszcze podziękować: Tomkowi za determinację do organizowania kolejnych spotkań i fantastyczne egzemplarze piw do spróbowania, Michałowi Mielczarkowi - również za świetne piwa, tym bardziej, że znalazły się na moim prywatnym podium (Magnum i Tomahawk) i Strefie Piwa za gościnne progi!